niedziela, 9 listopada 2008 17:05:42
Noc na dachuByć może trochę naiwne, ale myślę, że potrzebne. I mnie, i im.
Na myloga nic nie poradzę. Jeśli będzie tak dalej działał, to chyba zmienię serwer.
Przepraszam, że nie czytam na bieżąco Waszych blogów. Matura. Brak perspektyw na przyszłość. Za dużo myśli. Za dużo wątpliwości. Za mało czasu. Pustka w głowie.
Dla wszystkich, którym chce się to jeszcze czytać. Dzięki:*
***
— Nie rozumiem… dlaczego mnie tu zabrałeś? — spytała sceptycznie Lily, siedząc na dachu ładnego domku mugolskiej dzielnicy Londynu.
— A co? Nieładnie tu? — droczył się z nią.
Światła latarni ulicznych prawie uniemożliwiały dojrzenie gwiazd na niebie. Rozświetlał je księżyc w pełni, wiszący dziwnie nisko na nieboskłonie. Sznur samochodów przejeżdżał przez centrum miasta, widocznego z tego miejsca jak na dłoni. Lily musiała przyznać, że nastrój był całkiem… romantyczny… Nie wiedziała jednak czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie.
— Ładnie — podjęła rękawicę. — Ale to się chyba kwalifikuje pod porwanie?
— Możesz być pewna, że nie zrobiłem tego dla okupu — odparł z uśmiechem. — Pieniądze może bym i przyjął, ale ciebie bym nie oddał.
Zarumieniła się i spuściła głowę, zasłaniając włosami policzki by tego nie zauważył. Rumieniła się przez Pottera? Co za niedorzeczność! A wszystko przez ten nastrój…
— Powiedziałeś wcześniej — zagadnęła — że wiesz o mnie więcej niż mi się zdaje. Zastanawiam się co miałeś na myśli…
Oczy Jamesa rozbłysły wesoło. Nawet nie wiedziała w co się właśnie wpakowała.
— A chcesz wiedzieć? — spytał. Skinęła głową. — To może zrób mi mały test — powiedział i mrugnął do niej. Spojrzała na niego niezdecydowanie.
— Test? — spytała niepewnie.
— No wiesz! „Największe tajemnice Lily Evans”.
— Największych nie znasz — odparła z uśmiechem.
— A chcesz się przekonać? — droczył się.
Spojrzała na niego i stwierdziła, że to może być zabawne.
— No dobrze — powiedziała. — Coś łatwego na początek. — Odwróciła od niego głowę. — Kolor oczu — rzuciła.
— Zielone — odparł natychmiast. — Ale tylko w warunkach normalnych — dodał wesoło. — Kiedy złościłaś się na mnie w Hogwarcie, wyraźnie ciemniały. — Lily gwałtownie odwróciła się w jego stronę. — A kiedy się śmiejesz błyszczą szmaragdami — dodał, rozbawiony jej reakcją.
— Wystarczyłoby zielone — powiedziała zszokowana. — Ale dobrze, niech ci będzie. Ulubiony kolor.
Tego nie mógł wiedzieć. Tego nikt nie wiedział. Wszyscy uznali za oczywiste, że zielony najlepiej pasował do jej oczu, do jej włosów, do całej Lily. Tymczasem…
— Niebieski — odparł bez wahania. Roześmiał się na widok jej pytającego spojrzenia. — Mówiłem! Nie chciałaś wierzyć.
— Ale… skąd...?
— Niebieskie pióro, niebieskie kolczyki, niebieski ręcznik… Niebieska apaszka, którą podarowałem ci na piętnaste urodziny…
No tak, apaszka. Prawie o niej zapomniała. W takim razie to było zbyt proste pytanie.
— Ulubiony kwiat — rzuciła, zadowolona z siebie. Tego nie będzie wiedział. Odpowiedź narzuca jej imię…
— Tulipan — odparł.
To już nawet przestawało być zabawne!
— Czy ta irytująco trafna wiedza jest wynikiem śledzenia mnie przez całą dobę? — spytała, nieco zniecierpliwiona.
— Całą nie — odparł wesoło.
Bała się pytać dalej. Skąd on tyle o niej wiedział, podczas gdy jej szkolne przyjaciółki zapominały notorycznie, że nie cierpi lilii i dostawała je od nich na każde urodziny? Może uważały to za zabawne…
— Okej… to może jeszcze… coś trudniejszego… Największe marzenie! — zawołała z satysfakcją. Jeśli wiedział i to, to ona nie nazywa się Lily Evans!
— Och, to proste! — odparł, machając od niechcenia ręką. — Największym marzeniem Lily Evans jest ślub z Jamesem Potterem — oświadczył wesoło, za co oberwał łokciem po żebrach.
— O ile pamiętam, to było twoje marzenie — wypaliła, zanim udało jej się powstrzymać i natychmiast spłonęła rumieńcem, którego jednak nie dostrzegł, albo udał, że nie dostrzegł.
— Marzenia Jamesa Pottera są marzeniami Lily Evans — powiedział. — Zasada numer dwa Kodeksu do sprawy Lily E. pióra Huncwotów.
Roześmiała się. To
było zabawne.
— Macie taki kodeks? — spytała.
— Mieliśmy — odparł, wzruszając ramionami. — Stracił ważność dziś przed zebraniem.
— Tak? A to niby dlaczego?
— Bo obaliłaś pierwszą i najważniejszą zasadę. „Lily Evans porozumiewa się z Jamesem Potterem krzycząc i on musi robić to samo” — wyrecytował.
— No tak, wyszłam na zołzę — burknęła.
— Nie martw się. To i tak nic w porównaniu z punktem sześćdziesiątym czwartym.
— Tak? A jak on brzmi?
— Brzmiał — poprawił ją James. — „Lily Evans nigdy nie rozmawia z Jamesem Potterem.”
Uśmiechnęła się delikatnie. Czas przeszły był jak najbardziej odpowiedni.
— To co z tym marzeniem? — spytała, gdzieś w środku mając nadzieję, że znów ją zaskoczy. Uśmiechnął się tajemniczo.
— Kiedyś… — zaczął — kiedyś było nim pozbycie się irytującego Jamesa Pottera. Ale teraz…? Któż to wie…
Wzruszył śmiesznie ramionami, a jej nie pozostawało nic poza kręceniem głową z pobłażliwym uśmiechem.
— Potter, ty egoisto! — zawołała. — Świat nie kręci się tylko wokół ciebie!
Ale James tylko pokładał się ze śmiechu.
— W porządku. Ulubiona maskotka — rzuciła nagle, na co Potter zaczął jeszcze bardziej trząść się od tłumionego śmiechu. Lily złapała się na tym, że zastanawia się kiedy właściwie spadnie przez to z dachu.
— Zielony królik, którego dostałaś na drugie urodziny i któremu kilka razy obrywałaś ucho — wykrztusił w przerwie między jednym napadem chichotu, a drugim.
— A to skąd wiesz? — Chyba już nic nie było w stanie jej zaskoczyć.
Odpowiedział jej głośny wybuch śmiechu.
— To się nie uda! — jęknął James, stojąc przed schodami do dormitorium dziewcząt trzeciego roku.
— Rogacz, daj spokój! — zawołał Syriusz. — Teraz albo nigdy! Masz okazję. Wszystkie są w Hogsmeade.
— Tak, ale… — zawahał się.
— Ale co? Stary, to jest genialny pomysł! Nie muszę chyba dodawać, że twój?
James westchnął i ujął miotłę w obie dłonie. Jego przyjaciel postarał się, by w pokoju wspólnym nie było ani jednego Gryfona, więc nie musieli obawiać się, że ktoś na nich doniesie. Wystarczyło tylko wlecieć na górę…
— Te schody chyba nie są zbyt inteligentne, co? — spytał Potter i odbił się od ziemi.
Nie były. Bez problemu znalazł się w dormitorium dziewcząt ,a Syriusz wraz z nim.
— Wiesz co, James? — zaczął Black z figlarnym uśmiechem. — Wy macie ze sobą znacznie więcej wspólnego niż myślałem. Popatrz na ten cudowny rozgardiasz! — rzucił wesoło, wskazując w stronę łóżka i kufra na samym środku pokoju.
— Artystyczny nieład — poprawił go automatycznie James, ale uśmiechnął się delikatnie, przyznając rację przyjacielowi.
Pościel w ładnie rzeźbionym łóżku z czterema kolumienkami i bordowymi zasłonami była ułożona niedbale, jakby w pośpiechu. Stosy książek piętrzyły się na podłodze, starając się chyba dosięgnąć nocnej szafki, zawalonej pergaminem, kosmetykami i biżuterią. Na kufrze leżały góry ubrań wszelkiego rodzaju, barwy i kroju.
— Widocznie ma romantyczną duszę — odezwał się znowu James, siadając na podłodze obok książek. — Jej życia nie zajmują sprawy przyziemne jak miękkie i puszyste włosy albo kolorystyczne układanie ubrań w kufrze, by można je potem było łatwo dopasować.
Spojrzał znacząco na Syriusza, który roześmiał się wesoło i rozłożył ręce, manifestując tym, że nic nie poradzi na swoją naturę.
— Znowu doszukujesz się ukrytych znaczeń — powiedział w końcu, siadając obok przyjaciela i biorąc do ręki pierwszą lepszą książkę. — Choć nie należę do bałaganiarzy, to głęboką duszę ci ukażę — zrymował, bardzo z siebie zadowolony.
— Głęboką może i tak, ale raczej pustą — mruknął Potter, za co oberwał łokciem między żebra.
— Twe słowa boleśnie obiły się w mej duszy — zadeklamował znów Syriusz. — Jeszcze nikt jej tak wielce nigdy nie poruszył!
— Pozer! — zawołał James, powstrzymując uśmiech. — Nie jesteśmy tu po to, by odkrywać co kryje twoja przebogata dusza — powiedział. — Powinniśmy się raczej przyjrzeć duszyczce Lily — dodał rozmarzonym głosem.
Black pokiwał pobłażliwie głową i rozejrzał się z zaciekawieniem po otoczeniu Lily.
— Od czego chcesz zacząć? — spytał. Oczy znów błysnęły mu jak u wyjątkowo figlarnego psa. — Proponuję…
— … biżuterię — przerwa mu przyjaciel, patrząc na niego znacząco.
— Nie całkiem — odparł. — Ale też na „b”. Jeśli chcesz wiedzieć, to miałem na myśli…
— Jesteś najbardziej zboczonym i perwersyjnym czarnym psem jakiego znam, Łapo! — zawołał James.
Syriusz potraktował to jako komplement i uśmiechnął się, wprowadzając przyjaciela w stan głębokiej irytacji. James mruknął coś o biżuterii i zaczął przeglądać imponującą kolekcję naszyjników i kolczyków. Black tymczasem prawie bezszelestnie zbliżył się do kufra.
— Ani mi się waż! — zawołał James, odwrócił się i kiedy uchwycił oburzoną minę Syriusza, roześmiał się wesoło. — Oj, Łapo, Łapo! — powiedział i pokręcił głową. — Przydałoby ci się kilka lekcji przyzwoitości.
— I kto to mówi? — mruknął Black, ale posłusznie odsunął się od kufra. — To co mam robić? — jęknął.
— Szukaj.
— Ale czego?
— Szczegółów! Cały diabeł tkwi w szczegółach!
— Koronki to też szczegóły — burknął Syriusz i zajrzał pod biurko. — Dobrze, że skrzaty czasem tu sprzątają! — Potter usłyszał jego przytłumiony głos. — Jest w miarę… znośnie.
— Nie gadacza dużo, tylko szukaj! — zawołał James, przyglądając się z uwagą kolejnemu niebieskiemu dodatkowi. Niebieski. Wciąż niebieski,
pomyślał. Dlaczego niebieski?
— Znalazłem jakiegoś gnoma! — zawołał Syriusz, wyłaniając się spod łóżka z maskotką w dłoni. Potter odebrał mu ją gwałtownie i spojrzał na niego z politowaniem.
— To królik, idioto! — zawołał.
— Zielony? — zdumiał się jego przyjaciel. — Myślałem, że króliki są biało-czarne.
— Ale z ciebie kretyn, Black! — wykrzyknął James. — To maskotka! Może być nawet różowa.
— Lepiej pozostańmy przy zielonym — stwierdził Syriusz. James pokręcił pobłażliwie głową, ale nic nie powiedział.
Przeszukiwali pokój jeszcze przez jakiś czas i ulotnili się, nie zostawiając śladu swojej obecności
— To wy mi zabraliście te wszystkie rzeczy! — oburzyła się Lily, nieco jednak rozbawiona. — A ja myślałam, że gdzieś je po prostu zgubiłam!
— Widzisz? Nie ma to jak maskowanie!
Lily uśmiechnęła się i szturchnęła go lekko. Kiedy wróci do domu, musi natychmiast podziękować tacie. Potter nie był taki zły, jak myślała. W gruncie rzeczy, coraz bardziej go lubiła. Wreszcie miała kogoś, kto odciągał ją od ponurych myśli i rozumiał doskonale jej lęki. Magiczne lęki.
Spojrzała na niego i szybko odwróciła wzrok, wyraźnie zmieszana. Patrzył na nią tak, jak nikt na nią nie patrzył, nawet on jeszcze nigdy… W spojrzeniu orzechowych oczu, które błyszczały jak niewidoczne tej nocy na niebie gwiazdy, wyraźnie dostrzegła czyste, bezgraniczne uwielbienie i jakby coś jeszcze. Zadrżała i szczelniej otuliła się szalikiem, rozcierając skostniałe dłonie.
— A czym ty się właściwie teraz zajmujesz? — spytał James, wpatrując się w nią intensywnie.
— Ja… — zawahała się Lily. — Ja nie… Właściwie to niczym konkretnym — powiedziała w końcu.
— Nie myślałaś o tym, co chcesz robić po Hogwarcie? — zdziwił się.
— Jakoś.. nie miałam ostatnio… — urwała i westchnęła ciężko. — Miesiąc po tym, jak wróciłam z Hogwartu, zmarła moja mama — wyznała w końcu, wpatrując się w swoje buty. — Rodzice ukrywali przede mną jej chorobę. Uwierzysz?
Gdyby teraz na niego spojrzała, dostrzegłaby zmianę w jego spojrzeniu. Oprócz czułości i troski pojawiło się w nim zrozumienie. Ostrożnie otoczył ją ramieniem. Drgnęła, ale nie wyrwała się, co uznał za dobry znak.
— Dlaczego właściwie ci o tym mówię? — zdumiała się. — Przecież to… Ty… Ja…
Rozpłakała się. Nie uroniła ani jednej łzy na pogrzebie ani jednej po nim, aż do tej pory, kiedy rozkleiła się przy Potterze. I od razu zrobiło jej się lżej.
Przy ojcu musiała udawać dzielną, o zwierzaniu się Petunii mogła zapomnieć, a przyjaciele zwyczajnie o niej zapomnieli, mimo listów, które słała im regularnie. Po pewnym czasie przestała…
A więc w końcu wybuchła! James przyciągnął ją do siebie i objął mocno. Szybko uspokoiła się w jego ramionach, ponownie doświadczając tego irracjonalnego poczucia bezpieczeństwa. Było w tym uścisku coś kojącego, czego nie do końca rozumiała.
— Przepraszam — wyszeptała w jego tors. — Ja jestem silna. To tylko…
— Cii… — uspokajał ją, gładząc delikatnie po głowie. Miał wrażenie, że ten dzień to jeden z jego niezliczonych, cudownych snów, z którego będzie musiał się obudzić i spojrzeć w twarz rzeczywistości, w której Lily nie rozmawiałaby z nim w ten sposób… W ogóle nie zamieniłaby z nim ani jednego słowa. — Rozumiem — dodał.
Odsunęła się od niego i spojrzała uważnie w jego twarz. Oczy Jamesa nieco przygasły, ale nie zniknęły z nich troska i… Spuściła wzrok, czując, że to nagromadzenie uczuć jest ponad jej siły.
— Rozumiesz? — spytała cicho, patrząc w dół na plac zabaw pod nimi i usiłując zwalczyć w sobie lęk wysokości. — Naprawdę rozumiesz?
— Naprawdę. Ale, Lily, z tym nie można walczyć. Czasem po prostu… eksplodujesz i demolujesz pokój…
Wiedziała, że mówił o sobie i odważyła się zadać nurtujące ją pytanie.
— Co się stało, że…? — zawiesiła głos, nie wiedząc jak o ująć, by go nie urazić.
— Że przestałem być idiotą i zacząłem walczyć w Zakonie? — podpowiedział. Odpowiedziałam słabym uśmiechem. — Mama. Voldemort. Tata — powiedział i zrelacjonował jej pokrótce swoją historię.
— Przepraszam — wyszeptała, gdy skończył. — Nie wiedziałam. Ja… ja rozumiem.
Skinął głową. Przez chwilę milczeli jak zaklęci. Londyn pod nimi tętnił życiem. Lily wzdrygnęła się, czując coraz chłodniejsze i wilgotniejsze powietrze nocy.
— Zimno tu — powiedziała. — Odwieziesz mnie?
— Nie — odparł James, na powrót z wesołym błyskiem w oku. — To porwanie, zapomniałaś? Zakładnik nie może bezkarnie rozkazywać porywaczowi. A szczególnie jeśli to piękna, rudowłosa zakładniczka.
Lily skrzywiła się nieznacznie. Nie lubiła koloru swoich włosów, a to, że Potterowi się podobały, dawniej jeszcze bardziej ją w tym utwierdzało.
— Potter! — zawołała zirytowana. — Masz mnie natychmiast odstawić mnie do domu!
— Jak sobie życzysz, królewno — odparł z uniżonością godną wielkiego rycerza. Lily była pewna, że gdyby nie siedzieli na dachu, skłoniłby się nisko.
— Co ty bredzisz? — spytała z politowaniem.
— To była zawoalowana prośba o podanie adresu — wyjaśnił cierpliwie James. — Ale jeśli wolisz siedzieć tutaj, to…
— Flowers Road — odparła i uśmiechnęła się na widok jego zdumionego spojrzenia. — Zawsze uważałam, że to właśnie dlatego ja i moja siostra zostałyśmy ochrzczone imionami kwiatów.
— Jeśli chcesz — zaczął słabo James — to możemy nazwać naszą córkę… Hortensja — dokończył niewyraźnie.
Lily roześmiała się wesoło i poklepała dłońmi ramiona, by choć trochę się ogrzać.
—
Naszą córkę? Potter, ty marzycielu! — zawołała. — Czy mógłbyś już odstawić mnie na moją ulicę kwiatów zanim całkiem zamarznę?
James uśmiechnął się jeszcze szerzej i wsiadł na miotłę. Lily usadowiła się tuż za nim.
— Tylko mocno się trzymaj, królewno — powiedział niemal czule i wystrzelił w nocne powietrze w kierunku niewidocznych gwiazd.
Dodaj komentarz
18 komentarzy
|
Polina. :: piątek, 7 października 2011 13:14:52 213.134.178.212
|
|
|
Wciąż tu przybywam od czasu do czasu licząc, że jeszcze coś napiszesz...
|
|
Samotniczka. :: środa, 30 listopada 2011 16:56:44 89.68.166.133
|
|
|
Błagam cię! Napisz coś jeszcze! Kontynuuj tego bloga, bo kiedy autor zostawia dobrego bloga to dla mnie jest jak śmierć tej cząstki mnie, która codziennie ledwo potrafiła wysiedzieć w szkole, która codziennie po powrocie ze szkoły wystukiwała adres bloga i sprawdzała czy jest nowa notka. Właśnie takie części w człowieku nadają jego życiu barw. Więc proszę spróbuj wrócić do pisania!!!
|
|
m.gnomik. :: niedziela, 18 marca 2012 21:24:11 77.253.140.173
|
|
|
Podpisuję się rękami i nogami pod powyższym. Wciągnełam się w to, cholernie mi się to podobało :(
W dodatku wciąż (a ile już minęło? czy ostatni post nie jest przypadkiem z 2008?? CZTERY LATA??) wciąż tu zaglądam, żeby sprawdzić czy przypadkiem.. błagam dokończ to chociaż. :((( Harrego można pokochać na nowo, jak ja ostatnio. :)
Podziwiam wszystkie twoje opowiadani i każde mi się podobało (no może najmniej padelka) ale "echa..." spędzają mi sen z powiek!!! :((((
|
_______________________________________
Grafika wykonana przeze mnie, ze zdjęcia pożyczonego od dragonflajki.
Więcej na graficznej garderobie, a od
tego rączki precz!
sponsoruje mylog.