niedziela, 9 listopada 2008 17:05:42
Noc na dachuByć może trochę naiwne, ale myślę, że potrzebne. I mnie, i im.
Na myloga nic nie poradzę. Jeśli będzie tak dalej działał, to chyba zmienię serwer.
Przepraszam, że nie czytam na bieżąco Waszych blogów. Matura. Brak perspektyw na przyszłość. Za dużo myśli. Za dużo wątpliwości. Za mało czasu. Pustka w głowie.
Dla wszystkich, którym chce się to jeszcze czytać. Dzięki:*
***
— Nie rozumiem… dlaczego mnie tu zabrałeś? — spytała sceptycznie Lily, siedząc na dachu ładnego domku mugolskiej dzielnicy Londynu.
— A co? Nieładnie tu? — droczył się z nią.
Światła latarni ulicznych prawie uniemożliwiały dojrzenie gwiazd na niebie. Rozświetlał je księżyc w pełni, wiszący dziwnie nisko na nieboskłonie. Sznur samochodów przejeżdżał przez centrum miasta, widocznego z tego miejsca jak na dłoni. Lily musiała przyznać, że nastrój był całkiem… romantyczny… Nie wiedziała jednak czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie.
— Ładnie — podjęła rękawicę. — Ale to się chyba kwalifikuje pod porwanie?
— Możesz być pewna, że nie zrobiłem tego dla okupu — odparł z uśmiechem. — Pieniądze może bym i przyjął, ale ciebie bym nie oddał.
Zarumieniła się i spuściła głowę, zasłaniając włosami policzki by tego nie zauważył. Rumieniła się przez Pottera? Co za niedorzeczność! A wszystko przez ten nastrój…
— Powiedziałeś wcześniej — zagadnęła — że wiesz o mnie więcej niż mi się zdaje. Zastanawiam się co miałeś na myśli…
Oczy Jamesa rozbłysły wesoło. Nawet nie wiedziała w co się właśnie wpakowała.
— A chcesz wiedzieć? — spytał. Skinęła głową. — To może zrób mi mały test — powiedział i mrugnął do niej. Spojrzała na niego niezdecydowanie.
— Test? — spytała niepewnie.
— No wiesz! „Największe tajemnice Lily Evans”.
— Największych nie znasz — odparła z uśmiechem.
— A chcesz się przekonać? — droczył się.
Spojrzała na niego i stwierdziła, że to może być zabawne.
— No dobrze — powiedziała. — Coś łatwego na początek. — Odwróciła od niego głowę. — Kolor oczu — rzuciła.
— Zielone — odparł natychmiast. — Ale tylko w warunkach normalnych — dodał wesoło. — Kiedy złościłaś się na mnie w Hogwarcie, wyraźnie ciemniały. — Lily gwałtownie odwróciła się w jego stronę. — A kiedy się śmiejesz błyszczą szmaragdami — dodał, rozbawiony jej reakcją.
— Wystarczyłoby zielone — powiedziała zszokowana. — Ale dobrze, niech ci będzie. Ulubiony kolor.
Tego nie mógł wiedzieć. Tego nikt nie wiedział. Wszyscy uznali za oczywiste, że zielony najlepiej pasował do jej oczu, do jej włosów, do całej Lily. Tymczasem…
— Niebieski — odparł bez wahania. Roześmiał się na widok jej pytającego spojrzenia. — Mówiłem! Nie chciałaś wierzyć.
— Ale… skąd...?
— Niebieskie pióro, niebieskie kolczyki, niebieski ręcznik… Niebieska apaszka, którą podarowałem ci na piętnaste urodziny…
No tak, apaszka. Prawie o niej zapomniała. W takim razie to było zbyt proste pytanie.
— Ulubiony kwiat — rzuciła, zadowolona z siebie. Tego nie będzie wiedział. Odpowiedź narzuca jej imię…
— Tulipan — odparł.
To już nawet przestawało być zabawne!
— Czy ta irytująco trafna wiedza jest wynikiem śledzenia mnie przez całą dobę? — spytała, nieco zniecierpliwiona.
— Całą nie — odparł wesoło.
Bała się pytać dalej. Skąd on tyle o niej wiedział, podczas gdy jej szkolne przyjaciółki zapominały notorycznie, że nie cierpi lilii i dostawała je od nich na każde urodziny? Może uważały to za zabawne…
— Okej… to może jeszcze… coś trudniejszego… Największe marzenie! — zawołała z satysfakcją. Jeśli wiedział i to, to ona nie nazywa się Lily Evans!
— Och, to proste! — odparł, machając od niechcenia ręką. — Największym marzeniem Lily Evans jest ślub z Jamesem Potterem — oświadczył wesoło, za co oberwał łokciem po żebrach.
— O ile pamiętam, to było twoje marzenie — wypaliła, zanim udało jej się powstrzymać i natychmiast spłonęła rumieńcem, którego jednak nie dostrzegł, albo udał, że nie dostrzegł.
— Marzenia Jamesa Pottera są marzeniami Lily Evans — powiedział. — Zasada numer dwa Kodeksu do sprawy Lily E. pióra Huncwotów.
Roześmiała się. To
było zabawne.
— Macie taki kodeks? — spytała.
— Mieliśmy — odparł, wzruszając ramionami. — Stracił ważność dziś przed zebraniem.
— Tak? A to niby dlaczego?
— Bo obaliłaś pierwszą i najważniejszą zasadę. „Lily Evans porozumiewa się z Jamesem Potterem krzycząc i on musi robić to samo” — wyrecytował.
— No tak, wyszłam na zołzę — burknęła.
— Nie martw się. To i tak nic w porównaniu z punktem sześćdziesiątym czwartym.
— Tak? A jak on brzmi?
— Brzmiał — poprawił ją James. — „Lily Evans nigdy nie rozmawia z Jamesem Potterem.”
Uśmiechnęła się delikatnie. Czas przeszły był jak najbardziej odpowiedni.
— To co z tym marzeniem? — spytała, gdzieś w środku mając nadzieję, że znów ją zaskoczy. Uśmiechnął się tajemniczo.
— Kiedyś… — zaczął — kiedyś było nim pozbycie się irytującego Jamesa Pottera. Ale teraz…? Któż to wie…
Wzruszył śmiesznie ramionami, a jej nie pozostawało nic poza kręceniem głową z pobłażliwym uśmiechem.
— Potter, ty egoisto! — zawołała. — Świat nie kręci się tylko wokół ciebie!
Ale James tylko pokładał się ze śmiechu.
— W porządku. Ulubiona maskotka — rzuciła nagle, na co Potter zaczął jeszcze bardziej trząść się od tłumionego śmiechu. Lily złapała się na tym, że zastanawia się kiedy właściwie spadnie przez to z dachu.
— Zielony królik, którego dostałaś na drugie urodziny i któremu kilka razy obrywałaś ucho — wykrztusił w przerwie między jednym napadem chichotu, a drugim.
— A to skąd wiesz? — Chyba już nic nie było w stanie jej zaskoczyć.
Odpowiedział jej głośny wybuch śmiechu.
— To się nie uda! — jęknął James, stojąc przed schodami do dormitorium dziewcząt trzeciego roku.
— Rogacz, daj spokój! — zawołał Syriusz. — Teraz albo nigdy! Masz okazję. Wszystkie są w Hogsmeade.
— Tak, ale… — zawahał się.
— Ale co? Stary, to jest genialny pomysł! Nie muszę chyba dodawać, że twój?
James westchnął i ujął miotłę w obie dłonie. Jego przyjaciel postarał się, by w pokoju wspólnym nie było ani jednego Gryfona, więc nie musieli obawiać się, że ktoś na nich doniesie. Wystarczyło tylko wlecieć na górę…
— Te schody chyba nie są zbyt inteligentne, co? — spytał Potter i odbił się od ziemi.
Nie były. Bez problemu znalazł się w dormitorium dziewcząt ,a Syriusz wraz z nim.
— Wiesz co, James? — zaczął Black z figlarnym uśmiechem. — Wy macie ze sobą znacznie więcej wspólnego niż myślałem. Popatrz na ten cudowny rozgardiasz! — rzucił wesoło, wskazując w stronę łóżka i kufra na samym środku pokoju.
— Artystyczny nieład — poprawił go automatycznie James, ale uśmiechnął się delikatnie, przyznając rację przyjacielowi.
Pościel w ładnie rzeźbionym łóżku z czterema kolumienkami i bordowymi zasłonami była ułożona niedbale, jakby w pośpiechu. Stosy książek piętrzyły się na podłodze, starając się chyba dosięgnąć nocnej szafki, zawalonej pergaminem, kosmetykami i biżuterią. Na kufrze leżały góry ubrań wszelkiego rodzaju, barwy i kroju.
— Widocznie ma romantyczną duszę — odezwał się znowu James, siadając na podłodze obok książek. — Jej życia nie zajmują sprawy przyziemne jak miękkie i puszyste włosy albo kolorystyczne układanie ubrań w kufrze, by można je potem było łatwo dopasować.
Spojrzał znacząco na Syriusza, który roześmiał się wesoło i rozłożył ręce, manifestując tym, że nic nie poradzi na swoją naturę.
— Znowu doszukujesz się ukrytych znaczeń — powiedział w końcu, siadając obok przyjaciela i biorąc do ręki pierwszą lepszą książkę. — Choć nie należę do bałaganiarzy, to głęboką duszę ci ukażę — zrymował, bardzo z siebie zadowolony.
— Głęboką może i tak, ale raczej pustą — mruknął Potter, za co oberwał łokciem między żebra.
— Twe słowa boleśnie obiły się w mej duszy — zadeklamował znów Syriusz. — Jeszcze nikt jej tak wielce nigdy nie poruszył!
— Pozer! — zawołał James, powstrzymując uśmiech. — Nie jesteśmy tu po to, by odkrywać co kryje twoja przebogata dusza — powiedział. — Powinniśmy się raczej przyjrzeć duszyczce Lily — dodał rozmarzonym głosem.
Black pokiwał pobłażliwie głową i rozejrzał się z zaciekawieniem po otoczeniu Lily.
— Od czego chcesz zacząć? — spytał. Oczy znów błysnęły mu jak u wyjątkowo figlarnego psa. — Proponuję…
— … biżuterię — przerwa mu przyjaciel, patrząc na niego znacząco.
— Nie całkiem — odparł. — Ale też na „b”. Jeśli chcesz wiedzieć, to miałem na myśli…
— Jesteś najbardziej zboczonym i perwersyjnym czarnym psem jakiego znam, Łapo! — zawołał James.
Syriusz potraktował to jako komplement i uśmiechnął się, wprowadzając przyjaciela w stan głębokiej irytacji. James mruknął coś o biżuterii i zaczął przeglądać imponującą kolekcję naszyjników i kolczyków. Black tymczasem prawie bezszelestnie zbliżył się do kufra.
— Ani mi się waż! — zawołał James, odwrócił się i kiedy uchwycił oburzoną minę Syriusza, roześmiał się wesoło. — Oj, Łapo, Łapo! — powiedział i pokręcił głową. — Przydałoby ci się kilka lekcji przyzwoitości.
— I kto to mówi? — mruknął Black, ale posłusznie odsunął się od kufra. — To co mam robić? — jęknął.
— Szukaj.
— Ale czego?
— Szczegółów! Cały diabeł tkwi w szczegółach!
— Koronki to też szczegóły — burknął Syriusz i zajrzał pod biurko. — Dobrze, że skrzaty czasem tu sprzątają! — Potter usłyszał jego przytłumiony głos. — Jest w miarę… znośnie.
— Nie gadacza dużo, tylko szukaj! — zawołał James, przyglądając się z uwagą kolejnemu niebieskiemu dodatkowi. Niebieski. Wciąż niebieski,
pomyślał. Dlaczego niebieski?
— Znalazłem jakiegoś gnoma! — zawołał Syriusz, wyłaniając się spod łóżka z maskotką w dłoni. Potter odebrał mu ją gwałtownie i spojrzał na niego z politowaniem.
— To królik, idioto! — zawołał.
— Zielony? — zdumiał się jego przyjaciel. — Myślałem, że króliki są biało-czarne.
— Ale z ciebie kretyn, Black! — wykrzyknął James. — To maskotka! Może być nawet różowa.
— Lepiej pozostańmy przy zielonym — stwierdził Syriusz. James pokręcił pobłażliwie głową, ale nic nie powiedział.
Przeszukiwali pokój jeszcze przez jakiś czas i ulotnili się, nie zostawiając śladu swojej obecności
— To wy mi zabraliście te wszystkie rzeczy! — oburzyła się Lily, nieco jednak rozbawiona. — A ja myślałam, że gdzieś je po prostu zgubiłam!
— Widzisz? Nie ma to jak maskowanie!
Lily uśmiechnęła się i szturchnęła go lekko. Kiedy wróci do domu, musi natychmiast podziękować tacie. Potter nie był taki zły, jak myślała. W gruncie rzeczy, coraz bardziej go lubiła. Wreszcie miała kogoś, kto odciągał ją od ponurych myśli i rozumiał doskonale jej lęki. Magiczne lęki.
Spojrzała na niego i szybko odwróciła wzrok, wyraźnie zmieszana. Patrzył na nią tak, jak nikt na nią nie patrzył, nawet on jeszcze nigdy… W spojrzeniu orzechowych oczu, które błyszczały jak niewidoczne tej nocy na niebie gwiazdy, wyraźnie dostrzegła czyste, bezgraniczne uwielbienie i jakby coś jeszcze. Zadrżała i szczelniej otuliła się szalikiem, rozcierając skostniałe dłonie.
— A czym ty się właściwie teraz zajmujesz? — spytał James, wpatrując się w nią intensywnie.
— Ja… — zawahała się Lily. — Ja nie… Właściwie to niczym konkretnym — powiedziała w końcu.
— Nie myślałaś o tym, co chcesz robić po Hogwarcie? — zdziwił się.
— Jakoś.. nie miałam ostatnio… — urwała i westchnęła ciężko. — Miesiąc po tym, jak wróciłam z Hogwartu, zmarła moja mama — wyznała w końcu, wpatrując się w swoje buty. — Rodzice ukrywali przede mną jej chorobę. Uwierzysz?
Gdyby teraz na niego spojrzała, dostrzegłaby zmianę w jego spojrzeniu. Oprócz czułości i troski pojawiło się w nim zrozumienie. Ostrożnie otoczył ją ramieniem. Drgnęła, ale nie wyrwała się, co uznał za dobry znak.
— Dlaczego właściwie ci o tym mówię? — zdumiała się. — Przecież to… Ty… Ja…
Rozpłakała się. Nie uroniła ani jednej łzy na pogrzebie ani jednej po nim, aż do tej pory, kiedy rozkleiła się przy Potterze. I od razu zrobiło jej się lżej.
Przy ojcu musiała udawać dzielną, o zwierzaniu się Petunii mogła zapomnieć, a przyjaciele zwyczajnie o niej zapomnieli, mimo listów, które słała im regularnie. Po pewnym czasie przestała…
A więc w końcu wybuchła! James przyciągnął ją do siebie i objął mocno. Szybko uspokoiła się w jego ramionach, ponownie doświadczając tego irracjonalnego poczucia bezpieczeństwa. Było w tym uścisku coś kojącego, czego nie do końca rozumiała.
— Przepraszam — wyszeptała w jego tors. — Ja jestem silna. To tylko…
— Cii… — uspokajał ją, gładząc delikatnie po głowie. Miał wrażenie, że ten dzień to jeden z jego niezliczonych, cudownych snów, z którego będzie musiał się obudzić i spojrzeć w twarz rzeczywistości, w której Lily nie rozmawiałaby z nim w ten sposób… W ogóle nie zamieniłaby z nim ani jednego słowa. — Rozumiem — dodał.
Odsunęła się od niego i spojrzała uważnie w jego twarz. Oczy Jamesa nieco przygasły, ale nie zniknęły z nich troska i… Spuściła wzrok, czując, że to nagromadzenie uczuć jest ponad jej siły.
— Rozumiesz? — spytała cicho, patrząc w dół na plac zabaw pod nimi i usiłując zwalczyć w sobie lęk wysokości. — Naprawdę rozumiesz?
— Naprawdę. Ale, Lily, z tym nie można walczyć. Czasem po prostu… eksplodujesz i demolujesz pokój…
Wiedziała, że mówił o sobie i odważyła się zadać nurtujące ją pytanie.
— Co się stało, że…? — zawiesiła głos, nie wiedząc jak o ująć, by go nie urazić.
— Że przestałem być idiotą i zacząłem walczyć w Zakonie? — podpowiedział. Odpowiedziałam słabym uśmiechem. — Mama. Voldemort. Tata — powiedział i zrelacjonował jej pokrótce swoją historię.
— Przepraszam — wyszeptała, gdy skończył. — Nie wiedziałam. Ja… ja rozumiem.
Skinął głową. Przez chwilę milczeli jak zaklęci. Londyn pod nimi tętnił życiem. Lily wzdrygnęła się, czując coraz chłodniejsze i wilgotniejsze powietrze nocy.
— Zimno tu — powiedziała. — Odwieziesz mnie?
— Nie — odparł James, na powrót z wesołym błyskiem w oku. — To porwanie, zapomniałaś? Zakładnik nie może bezkarnie rozkazywać porywaczowi. A szczególnie jeśli to piękna, rudowłosa zakładniczka.
Lily skrzywiła się nieznacznie. Nie lubiła koloru swoich włosów, a to, że Potterowi się podobały, dawniej jeszcze bardziej ją w tym utwierdzało.
— Potter! — zawołała zirytowana. — Masz mnie natychmiast odstawić mnie do domu!
— Jak sobie życzysz, królewno — odparł z uniżonością godną wielkiego rycerza. Lily była pewna, że gdyby nie siedzieli na dachu, skłoniłby się nisko.
— Co ty bredzisz? — spytała z politowaniem.
— To była zawoalowana prośba o podanie adresu — wyjaśnił cierpliwie James. — Ale jeśli wolisz siedzieć tutaj, to…
— Flowers Road — odparła i uśmiechnęła się na widok jego zdumionego spojrzenia. — Zawsze uważałam, że to właśnie dlatego ja i moja siostra zostałyśmy ochrzczone imionami kwiatów.
— Jeśli chcesz — zaczął słabo James — to możemy nazwać naszą córkę… Hortensja — dokończył niewyraźnie.
Lily roześmiała się wesoło i poklepała dłońmi ramiona, by choć trochę się ogrzać.
—
Naszą córkę? Potter, ty marzycielu! — zawołała. — Czy mógłbyś już odstawić mnie na moją ulicę kwiatów zanim całkiem zamarznę?
James uśmiechnął się jeszcze szerzej i wsiadł na miotłę. Lily usadowiła się tuż za nim.
— Tylko mocno się trzymaj, królewno — powiedział niemal czule i wystrzelił w nocne powietrze w kierunku niewidocznych gwiazd.
komentarze [17]piątek, 26 września 2008 20:20:26
PrzyjacieleAga ma maturę i Aga zupełnie nie wie jak to wpłynie na jej twórczość tutejszą.
Przepraszam bardzo, że tak okropnie długo nie pisałam tutaj nic. Musiałam chyba odpocząć od świata blogowego i od Internetu w ogóle. Miałam cudowne wakacje i komputer niekoniecznie musiał mieć z nimi coś wspólnego. Teraz już jednak wróciłam, choć, jak wyżej dałam do zrozumienia, z maturką na horyzoncie.
Może się Wam spodoba, może nie. Mam nadzieję, że jednak tak.
Wasze blogi nadrobię jak tylko się trochę ogarnę i dopadnie mnie "wena na czytanie", o ile istnieje coś takiego;)
Dla Ewelinki, dzięki której wreszcie się zmobilizowałam do przepisania tego tutaj.
I dla Veritas, bo to o Panu L.
***
Remus Lupin skulił się w sobie i odważnie przyjął na siebie blask księżyca. Źrenice zaczęły mu się niebezpiecznie rozszerzać, krew zawrzała w żyłach…
Nie! Potrafi to kontrolować. Zapanuje nad tym… Opanuje. Stłamsi. Całą siłą woli udało mu się zablokować niszczące działanie księżyca. Źrenice powróciły do normalnych rozmiarów. Jęknął cicho. Gdyby nie cudowny eliksir Dumbledore’a, nigdy by sobie z tym nie poradził. Chwycił stojący nieopodal kufel i wypił całą jego zawartość. Do dna. Trzęsące się ręce prawie mu to uniemożliwiły, jednak przemógł się i wlał w siebie zbawczy płyn.
Każda cząstka jego ciała, każdy najmniejszy jego element chciał stać się dziki, wyrwać spod władzy umysłu, który jeszcze — mimo wszystko — nie dawał za wygraną. Dusza wyła w nim przeraźliwie w stronę księżyca — wielkiej, niemal czerwonej tarczy, zawieszonej na niebie, której blask przebijał się przez dziurawe zasłony, dodatkowo drażniąc zmysły.
Kolejny nagły i gwałtowny atak nastąpił niespodziewanie — tak, jak zwykle. Wstrząsnął ciałem Remusa, który maksymalnie skulił się w sobie i zacisnął dłonie na ramionach. Paznokcie zaczynały mu się wydłużać, raniąc go dotkliwie. Po chwili jednak wróciły do swoich rozmiarów, a wyczerpany do granic możliwości chłopak otarł szybko łzy bólu. Skoro postanowił sobie, że nie uwolni drzemiącego w nim potwora, to tak właśnie będzie!
Miał zaledwie osiemnaście lat, a już był ruiną człowieka. Poszarzała, zmęczona twarz przyprawiała go o odruch wymiotny. Miodowe oczy patrzyły smutno na świat, nie licząc tych nielicznych chwil szczęścia, spędzonych z przyjaciółmi. Wtedy jaśniały wesoło, choć przez krótką chwilę. Ale to nie jego wygląd najbardziej ucierpiał. To mógłby jeszcze przeboleć. Tak naprawdę wilkołactwo odebrało mu to, kim mógłby być. Wzięło i nie oddało osobowość, dzieciństwo, spokój, miłość… Odebrałoby pewnie również przyjaciół, gdyby nie trójka cudownych Gryfonów.
To się nie uda, pomyślał gorzko, siedząc samotnie w jednym z przedziałów Ekspresu Hogwart. Wyśmieją mnie, domyślą się, zrobię komuś krzywdę, a już na pewno mnie nie zaakceptują…
Podkurczył nogi na siedzeniu i objął je ramionami. Chciałby po prostu rozpłynąć się w powietrzu i w końcu przestać być problemem dla wszystkich wokoło… i dla samego siebie. Ktoś otworzył drzwi przedziału i spojrzał na niego z uśmiechem.
— Tu wolne? — spytał.
Remus przyjrzał mu się uważnie. Był niskim, drobnym chłopcem o włosach koloru nieba podczas nowiu. Na nosie miał okulary, przez które patrzyły na niego figlarne, orzechowe oczy. Sprawiał wrażenie nieco rozpieszczonego.
— Jasne — odparł słabo młody Lupin.
Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej i wyszedł na korytarz.
— SYRIUSZ! — krzyknął niesamowicie głośno, jakby ten cały Syriusz znajdował się na drugim końcu świata. — ZNALAZŁEM PRZEDZIAŁ!
— Nie wrzeszcz tak! — zawołał ktoś tuż za nim, osłaniając uszy dłońmi. — Słyszą cię chyba na księżycu.
Księżycu? Czy on powiedział księżyc? Remus z trudem powstrzymał głuchy jęk. Zaraz potem do przedziału wparowało dwóch chłopców. Drugi z nich był wyższy od pierwszego i już w tak młodym wieku niesamowicie przystojny. Miał też w swoich ruchach jakąś nonszalancję, której pierwszemu brakowało.
— James Potter — przedstawił się okularnik. — A to Syriusz Black.
Uścisnęli dłonie chłopcu, który bąknął ciche: „Remus Lupin” i rozłożyli się na siedzeniach.
— Jesteś z rodziny czarodziejów? — zaciekawił się Syriusz.
— A co to ma do rzeczy? — spytał chłodno Remus, który na moment przyjął buntowniczy wyraz twarzy.
— Bo jeśli byś nie był, to moglibyśmy ci wszystko opowiedzieć — wyszczerzył się do niego James.
— Wy się znacie? — spytał Lupin, patrząc z rozbawieniem to na jednego, to na drugiego.
— Tak — rzucił Syriusz.
— Nie — odparł James i obaj wybuchnęli śmiechem. Remus patrzył na nich, nic nie rozumiejąc.
— Poznaliśmy się dziesięć minut temu — wyjaśnił Potter. — Nie, żebym był tym faktem szczególnie zachwycony, ale…
— Przepraszam, można? — przerwało mu pojawienie się rudowłosej dziewczyny. Dłoń Jamesa powędrowała ku włosom, a oczy błysnęły wesoło.
— Wchodź, wchodź, prosimy na salony! — powiedział z udawaną galanterią. Dziewczyna spojrzała na niego dziwnie, wyminęła go i usiadła przy oknie. — Nawet się nie przedstawisz? — spytał zdumiony, ale ona już go nie słuchała. Machnął ręką i zwrócił się do Remusa: — To co? Jesteś z czarodziejów?
— Tak — odparł, z lekkim rozbawieniem obserwując rozczarowanie na twarzy okularnika.
— A niech to! — mruknął. — To już drugi raz tego dnia. Człowiek nie może nawet znaleźć porządnego czarodzieja z mugolskiej rodziny.
— A może ona? — zasugerował Syriusz, wskazując na niedawno przybyłą dziewczynę.
— Zostawcie ją — odezwał się Remus. — Chyba chce zostać sama.
Potter wzruszył ramionami i wyciągnął z kieszeni talię kart. Pociąg ruszył.
— Nie mów, że jesteś wróżbitą! — skrzywił się Black, na co Remus zachichotał, a James zrobił obrażoną minę.
— To jest świętość — odparł dumnie. — Narzędzie hazardu! — Spojrzeli na niego zdumieni. — Nie mówcie, że nie znacie czarodziejskiego pokera! — jęknął. Pokręcili głowami. — Dobra, to zaraz was…
— Można? — nieśmiały głos, należący do pulchnego blondynka z wodnistymi oczkami tym razem mocno zirytował Pottera, który jednak zrobił dobrą minę do złej gry.
— Czystej krwi? — spytał.
— T… tak — odparł wystraszony chłopak.
— A niech to… — mruknął Syriusz.
— Wchodź — dodał z uśmiechem Remus. Chłopiec nieśmiało wsunął się do przedziału, wtaszczył kufer na półkę i opadł na siedzenie naprzeciwko Lupina. — Jak się nazywasz?
— Peter Pettigrew — odparł, nadal niezbyt pewnie.
— Nie bój się ich, nic ci nie zrobią — uspokoił go Remus. — Ten tutaj to Syriusz Black, a tamten drugi to James Potter. Ja to Remus Lupin.
— Grasz w pokera? — spytał z nadzieją okularnik.
— Jasne! — rozpromienił się chłopiec, na co James uśmiechnął się z satysfakcją. — A co to?
Potter zamrugał szybko oczami i gwałtownie uderzył otwartą dłonią w czoło. Nie mógł uwierzyć, że jego nowi znajomi nie znali pokera. Magicznego oczywiście. Rozdał każdemu z nich po pięć kart. Resztę ułożył na podłodze. Wyjął z kieszeni cztery pudełka zapałek i rzucił chłopcom na kolana.
— Powinniśmy grać na pieniądzem ale równie dobrze może być… e… to coś. Moglibyśmy oczywiście zagrać w rozbieranego, ale… — Zerknął znacząco na siedzącą przy oknie dziewczynę.
— A co to właściwie jest? — spytał Syriusz, przyglądając się uważnie jednej z zapałek.
— Nie mam pojęcia — odparł James z rozbrajającą szczerością. — Podwędziłem mugolom. Świetnie zastępuje zapłatę — dodał i zaczął tłumaczyć kolegom na czym polega gra. Po chwili rozpoczęli pierwszą partię, przekrzykując się nawzajem.
— Oszukujesz! — zawołał Syriusz, kolejny raz tracąc zapałki na rzecz Jamesa.
— Takie życie — odparł z uśmiechem okularnik. — Nie gadaj, tylko płać — dodał.
W tym momencie drzwi przedziału ponownie się otworzyły i stanął w nich czarnowłosy, ponury chłopak z haczykowatym nosem i ziemistą cerą, ubrany już w szkolną szatę. Nie pytając nikogo o zdanie usiadł naprzeciwko rudowłosej i zaczął z nią rozmawiać. James spojrzał na niego z niechęcią. Sam co chwilę zerkał w kierunku dziewczyny i nie udało mu się zwrócić jej uwagi. A tymczasem przychodzi taki jeden i bez problemu z nią rozmawia. Zmusił się do dalszej gry, jednak nie uszło uwadze Remusa, że podsłuchiwał.
— Dobrze by było, żebyś trafiła do Slytherinu — usłyszał.
— Do Slytherinu? — zareagował natychmiast. — Ktoś tutaj chce być w Slytherinie? Chyba się gdzieś przesiądę, a ty? — spytał Syriusza. On jednak się nie roześmiał.
— Cała moja rodzina była w Slytherinie — powiedział.
— Jasny gwint! A ja myślałem, że z tobą wszystko w porządku!
Teraz Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Może zerwę z rodzinną tradycją. A ty gdzie być chciał być, jak byś mógł wybierać?
James udał, że wznosi niewidzialny miecz.
— W Gryffindorze, gdzie kwitnie męstwa cnota! Jak mój ojciec.
Ponury towarzysz rudowłosej prychnął pogardliwie. James zwrócił się do niego.
— Przeszkadza ci to?
— Nie — odparł chłopiec, choć jego drwiący uśmiech mówił coś innego. — Skoro wolisz mieć krzepę niż mózg…
— A ty gdzie byś chciał trafić, skoro brakuje ci i tego, i tego? — zapytał Syriusz.
James ryknął śmiechem. Lily wyprostowała się, lekko zarumieniona, obrzucając Jamesa i Syriusza pogardliwym spojrzeniem.
— Chodź, Severusie, znajdziemy sobie inny przedział.
— Oooooo…
James i Syriusz zaczęli przedrzeźniać jej wyniosły ton. James próbował podstawić chłopcu nogę, gdy przechodził.
— Do zobaczenia, Smarkerusie! — zawołał któryś z nich, gdy zatrzasnęły się drzwi przedziału.
— Chyba nie powinniście mu dokuczać — powiedział z pretensją Remus, bardzo wyczulony na docinki ze strony innych.
— Zasłużył sobie — odparł James. — Nikt normalny nie chciałby być w Slytherinie.
— Normalny? — oburzył się Lupin.
W tamtej chwili zdecydował, że nigdy, przenigdy im nie powie. Ale i tak się dowiedzieli. I zrobili dla niego coś niezwykle pięknego — zostali animagami.
Uśmiechnął się, choć w tych okolicznościach był to zapewne tylko bezkształtny grymas. Rozejrzał się po swoim mieszkaniu. Odrapane ściany z odpadającą miejscami farbą, stary stolik i kilka wysiedzianych krzeseł, skrzypiąca podłoga… To był cały jego dobytek. James wiele razy proponował mu zamieszkanie w Dolinie Godryka, ale on niezmiennie odmawiał. Nie mógł ciągle narażać przyjaciół…
Dom ojca musiał sprzedać. Był dla niego za duży, a poza tym i tak nie miałby z czego go utrzymywać. Tracił każdą pracę, jaką dostał, gdy tylko wspominał o wolnym w czasie pełni księżyca.
Nie uskarżał się. Jak prawdziwy Gryfon przyjmował odważnie te kilka dni w miesiącu. Był wilkołakiem i nic nie mogło tego zmienić. Z wdzięcznością przyjmował pomoc przyjaciół i Dumbledore’a. Bardzo starał się odwdzięczyć tym samym.
komentarze [10]czwartek, 17 lipica 2008 16:39:27
Nowy początekTrochę mi to zajęło, jednak jest to chyba najdłuższa jak dotąd notka. Mam nadzieję, że się Wam spodoba:) Kolejna może wcale się tak szybko nie ukazać, bo cierpię na komputerową awersję i wakacyjnego Lenia;)
Potrzebował powietrza. Zdecydowanie musiał poczuć wiatr uderzający go w twarz, mierzwiący włosy i szeleszczący szatami. Może to ostudziłoby jego gorącą głowę, która aż parowała od nadmiaru myśli.
Co ona sobie wyobraża? W co pogrywa? I kogo chce oszukać? Jego? Jest taka zagubiona i niepewna, ale kiedy on chce jej pomóc, to zamyka się przed nim jak jakiś piekielny żółw, nie dopuszczając go do głosu.
A przecież się zmieniłem, do cholery!
Od dłuższego czasu chodził po całym domu zły jak osa, niewyobrażalnie irytując tym Syriusza, który wciąż miał w pamięci utarczkę z matką i nie był w nastroju do znoszenia humorów przyjaciela. Czując, że zaraz eksploduje, James porwał swoją miotłę i wzbił się w powietrze…
— Dziesięć punktów dla Gryffindoru! — wrzasnął Syriusz, który wolał latające motocykle od mioteł, ale nie szczędził gardła, by komentować mecze. — Co było całkowicie do przewidzenia, biorąc pod uwagę nadzwyczajne umiejętności… — urwał, gdy napotkał karcący wzrok McGonagall. — Tak… wróćmy do gry… Gryfoni prowadzą sto do dziewięćdziesięciu, ale Ślizgoni nie dają za wygraną. Potter i… Black… — chłopak skrzywił się na dźwięk własnego nazwiska, noszonego przez jego brata, szukającego Ślizgonów — krążą nad wszystkimi w poszukiwaniu złotego znicza, którego złapanie może zadecydować o życiu lub śmierci… To znaczy o wygranej — poprawił się szybko, kiedy nauczycielka posłała mu mordercze spojrzenie. — Gdybym to ja był pałkarzem Gryffindoru, wiedziałbym w którą stronę posłać tłuczka — dodał bezczelnie z błyskiem w oku.
— Black! — zawołała złowieszczo McGonagall. — Oddaj mi ten megafon.
Chłopak jednak uchylił się przed profesorką, która wyraźnie chciała odebrać mu jego komentatorski instrument.
— Ja już nie będę, pani profesor — oznajmił przepraszająco. — Och, nie! Dziesięć punktów dla Slytherinu! — zawył, zmieniając punktację. — Remis. Do kogo będzie należało ostatnie słowo? Może powinniśmy urządzić rzuty karne…?
— Co ty pleciesz, Black? — zezłościła się McGonagall.
— W piłce nożnej — to taka mugolska gra, pani profesor — urządza się rzuty karne, gdy… Ale zaraz! Potter chyba wypatrzył znicza! — wrzasnął.
Rzeczywiście. James, rozbawiony komentarzami przyjaciela, krążył nad boiskiem, kiedy dostrzegł złoty błysk tuż nad głową Syriusza. Postanowił połączyć pożyteczne z zabawnym i zanurkował w kierunku trybun. Dopiero po chwili wyrównał lot i skierował się prosto na przyjaciela. Regulus nie miał szans go dogonić.
— Poprawka — zawołał zdumiony Syriusz — to zamach na moje życie. Ratuj się kto może! — zawołał i padł na ziemię, świadomy dramatycznego efektu, który udało mu się uzyskać.
James śmignął tuż nad nim i po chwili trzymał w ręku złotą piłeczkę, trzepocącą bezskutecznie skrzydełkami. Okrążył stadion, z szerokim uśmiechem na twarzy. Gryfoni wiwatowali na stojąco, Ślizgoni natomiast gwizdali głośno.
— No, to było niewiarygodne! — usłyszał głos Syriusza, który z powrotem dorwał megafon. — Sto pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru, który wygrywa dwieście pięćdziesiąt do stu! Brawo, Jamesie Potterze!
Znowu czuł ten dreszcz podniecenia, tę niewytłumaczalną więź z miotłą, jedność z powietrzem. Kolejny raz czuł się jak nieśmiertelny bóg przestworzy. Oczyściło go to z wszelkich myśli i emocji. I tylko leciał wciąż naprzód, zostawiając za sobą wszelkie troski. I choć wiedział, że przed nim czekały kolejne, rozrywał powietrze jak strzała i tak jak ona, zupełnie o tym nie myślał…
***
Ta ścieżka staje się powoli moim utrapieniem, pomyślała Lily
. Jak jakaś piekielna droga do zatracenia…
Klony zaszumiały cicho w odpowiedzi. Zebrała się w sobie i ruszyła do twierdzy Moody’ego. Kopnęła przypadkiem jakiś kamień, który potoczył się głucho po ścieżce. Westchnęła i wkroczyła do małego królestwa Alastora Moody’ego. Spojrzała na zegarek. Znowu miała całe pół godziny do rozpoczęcia zebrania. Odetchnęła głęboko i weszła do korytarza. Zauważyła ze zdumieniem opartą o ścianę miotłę. Zajrzała niepewnie do salonu i nagle miała wielką ochotę, by się wycofać.
James Potter siedział na swoim zwykłym miejscu przy stole, mniej więcej w jego połowie. Wokół niego porozrzucane były rolki pergaminu, a on sam wyglądał, jakby próbował się nad nimi skupić, ale nie potrafił. Bębnił tylko palcami w blat, patrząc usilnie w jeden, niezidentyfikowany punkt na ścianie. Lily natychmiast pożałowała, że ubrała buty na obcasie. Od razu ją usłyszy…
Odetchnęła jeszcze raz i weszła do środka zdecydowanym krokiem. Była Gryfonką, do licha! Chyba nie na darmo Tiara Przydziału umieściła ją w Domu Lwa.
Tak, jak przypuszczała, stukot obcasów wyrwał Jamesa z zamyślenia. Spojrzał na nią i szybko odwrócił wzrok. Był pewien, że Lily usiądzie jak najdalej od niego albo natychmiast wybiegnie. Nie miał ochoty na kolejną utarczkę ani, tym bardziej, maraton za rudowłosym króliczkiem.
Krzesło obok niego skrzypnęło cicho, co kompletnie go zaskoczyło. Obrócił się w stronę dziewczyny swoich marzeń, patrzącej na niego z delikatnym, niepewnym uśmiechem.
— Li — ly — wydukał, wciąż nie bardzo wierząc własnym oczom. Zawahała się przez chwilę.
— James… — powiedziała i szybko przygryzła wargę, jakby powstrzymywała się przed cofnięciem tego.
— Co ty tu… na tym… obok…? — jąkał się. Lily usilnie starała się nie patrzeć mu w oczy. Przez dłuższą chwilę oboje milczeli. — Dlaczego nie uciekasz? Już nie jestem tak przerażający jak twój bogin — śmierciożerca? — spytał cicho.
— Skąd wiesz? — zdumiała się. — Nie widziałam cię wtedy na lekcji…
— Wiem o tobie zdecydowanie więcej niż byś chciała. Także i to, że ten bogin miał rysy Snape’a.
Lily jęknęła. Dlaczego akurat teraz…?
— W tej skrzyni mamy dość niesfornego bogina. — Profesor Wilson z uśmiechem wskazał na wielki, podskakujący kufer. — Znacie teorię. Wiecie co robić! — zawołał i powiódł wzrokiem po sali. — Panno Evans, może pani?
Lily skinęła głową i podeszła bliżej z różdżką w gotowości. Profesor Wilson otworzył skrzynię zaklęciem. Już po chwili wyszedł z niej człowiek w pelerynie, z maską na twarzy. Na lewym przedramieniu błyskał złowrogo Mroczny Znak. Ale najgorsze było to, że miał wychudzoną sylwetkę Snape’a, jego nos, który widziała mimo maski i te czarne, tłuste włosy… Była przerażona.
— R… Riddiculus! — zawołała słabo, ale nic się nie stało.
Bogin zdawał się ją przywoływać, kusić, by poszła za nim. Ale Lily zdążyła już się uspokoić. Początkowy szok minął.
— Riddiculus! — krzyknęła.
Szata bogina owinęła się wokół jego nóg. Padł jak długi na podłogę, co wszyscy powitali salwą śmiechu. Po chwili zaczął puchnąć, aż zmienił się w wielki balon, który rozszerzał się tak długo, aż pękł z głośnym trzaskiem i rozsypał się w konfetti. Sala huczała od śmiechu.
— Bardzo widowiskowe, panno Evans! — zagrzmiał z uśmiechem Wilson. — Bardzo…
Ale jej wcale nie było do śmiechu…
—Lily? — zagadnął zaniepokojony James, sprowadzając ją na ziemię. — Co się stało?
Przez jakąś sekundę miała zamiar odpowiedzieć, że nic, że wszystko jest przecież w jak najlepszym porządku. Ale kiedy spojrzała w jego oczy i zauważyła w nich troskę, sama nie wiedziała, kiedy zaczęła mówić…
Opowiedziała mu o swojej ostatniej wizycie na Spinner’s End i ze zdziwieniem spostrzegła, że kamieniowi ciążącemu w jej sercu ubyło nieco wagi. James słuchał z rosnącym oburzeniem.
— Zasłużył, by potraktować go jak tamtego bogina — mruknął.
Lily spojrzała na niego zdumiona.
— Byłeś tam? — spytała zdumiona. Miała oczywiście na myśli klasę obrony przed czarną magią, nie mieszkanie Snape’a.
— Miałem zły dzień i chowałem się po kątach. Zresztą… nieważne. Ważne, że jest kompletnym idiotą! — Oczy rudowłosej rozszerzały się w rosnącym zdziwieniu. — Tylko kretyn wolałby Voldemorta od ciebie — wyjaśnił. — Ten facet kompletnie nie ma gustu! — dorzucił wesoło.
Lily zamrugała szybko i roześmiała się. Ciężar na duszy zmniejszył się do rozmiarów ziarnka grochu. James patrzył na nią jak urzeczony. Jeszcze nigdy się przy nim tak swobodnie nie śmiała.
— Przestań! — zawołała, gdy udało jej się uspokoić i otarła łzy. — Aż ciężko to sobie wyobrazić! To nawet nie jest zabawne! — dodała, jakby zaprzeczając samej sobie.
Zadziwiające! Śmiała się ze słów Pottera! Świat stanął na głowie i bezczelnie wymachuje nogami. Dlaczego? Dlaczego?
Dlaczego…?
— Co takiego? — spytał. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że co najmniej jedno „dlaczego” musiała wypowiedzieć na głos.
— Bo… nie wydaje ci się to dziwne… — zaczęła ostrożnie Lily — że siedzę tu teraz z tobą i rozmawiam co najmniej jak z dobrym przyjacielem?
W rzeczy samej, dziwiło go to niepomiernie.
— Nie wiem o czym mówisz — odparł z wesołym błyskiem w oku. — W końcu żadna mi się nie oprze — dodał, mrugając do niej
O niebiosa! Znowu się śmiała! Zaczynała się poważnie zastanawiać nad zatrudnieniem
skretyniałego idioty jako osobistej
rozśmieszajki.
— Żadna? — O nie! Panna Evans tak szybko się nie poddaje! — To ile ich miałeś?
James spojrzał na nią i zmarszczył czoło, jakby usiłował sobie coś przypomnieć.
— Czy ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy — zaczął — że przysporzyłaś mi dużo więcej zmartwień niż wszystkie dziewczyny Syriusza razem wzięte?
— Fakt — odparła, uderzając go łokciem w ramię. — To on przysparzał zmartwień im. Te wszystkie dziewczyny same właziły mu w ręce, choćby tylko dlatego, że był Blackiem i miał ładną buźkę.
Powinien bronić przyjaciela, mimo że to wszystko było prawdą, całkiem zręcznie do tego ujętą? Tak, chyba powinien coś powiedzieć…
— Może nie tylko miał ładną buźkę. Podobno świetnie całował.
— Sprawdzałeś?
To pytanie pewnie zwaliłoby go z nóg, gdyby przypadkiem już nie siedział. Czy ona mówiła poważnie?
— Potter, ja żartowałam! — zawołała niepewnie, widząc jego minę. Odetchnął z ulgą. — A wracając do Blacka i jego wątpliwych umiejętności… Mówią, że ćwiczenie czyni mistrza. A twój przyjaciel miał więcej zajęć praktycznych z całowania niż ktokolwiek w szkole. Co nie znaczy, że potrafił rozróżnić usta od biustu — dodała obojętnie, na co James parsknął śmiechem.
— Jesteś niesamowita — powiedział. Uśmiechnęła się. — Ale te relacje o jego podbojach są mocno przesadzone. Zwykle wymyślał je, by się popisać.
— Ach, to by wiele wyjaśniało — mruknęła Lily. — Wiesz, że staliśmy się obiektem towarzyskiego skandalu? — spytała cicho, wskazując dyskretnie na grupkę czarodziejów, która moment wcześniej weszła do salonu, zatrzymując się ze zdumieniem w progu na widok ich dwojga rozmawiających ze sobą. Teraz najwyraźniej toczyli na ten temat burzliwe dyskusje, ociekające spekulacjami.
James rozejrzał się zdumiony. Dopiero teraz zauważył, że w sali obrad pojawili się ludzie. Uśmiechnął się na widok ich min. Właściwie to im się nie dziwił. Gdyby w tej chwili udało mu się rozdwoić i patrzeć na samego siebie jak rozmawia i śmieje się w najlepsze razem z Lily Evans, pewnie uznałby, że oczy płatają mu figla.
— Chyba powinniśmy zacząć się kłócić i udawać, że ten śmiech był szyderczy — zaproponował szeptem.
Lily uśmiechnęła się paskudnie i skinęła głową. Cała sytuacja mogła być bardzo zabawna.
— Potter, nie dotykaj mnie! — zawołała, na tyle cicho, by mogło to wyglądać, jakby chciała to zrobić dyskretnie, ale na tyle głośno, by inni ją usłyszeli. Od razu na ich twarzach pojawił się wyraz niemal ulgi, że wszystko wróciło do normy. Odskoczyła od Jamesa, przewracając przy okazji krzesło.
— O co ci znowu chodzi? — spytał rozeźlony, również wstając.
— To, że usiadłeś obok mnie, nie znaczy, że możesz znowu próbować tych swoich sztuczek!
— Sztuczek? Jakich sztuczek? — spytał z zażenowaniem, mierzwiąc włosy. — Może zamiast wciąż na mnie wrzeszczeć, umówisz się ze mną w końcu? — burknął.
— Jesteś bardziej monotematyczny niż najedzony gumochłon! Nie umówię się z tobą za całe złoto Gringotta!
— A buzi dasz? — spytał z wesołym błyskiem w oku.
— Dorośnij, Potter! — krzyknęła.
— Co tu się dzieje? — Głos Alastora Moody’ego przeciął powietrze, a on sam łypnął groźnie na Lily i Jamesa, a potem na zgromadzonych przy drzwiach czarodziejów, wyraźnie żądając wyjaśnień.
— Evans i Potter — mruknął Frank Longbottom. — Normalka.
— Wy dwoje! — zagrzmiał Moody, z furią wymalowaną na twarzy. — Rozsiąść się! — zarządził.
— Z przyjemnością — odparła Lily, mrugając dyskretnie do bruneta i przewędrowała demonstracyjnie na drugi koniec stołu.
— A wy co tak stoicie jak zbroje w Hogwarcie? — krzyknął Moody do grupki przy drzwiach. — Mamy robotę!
Jego nie znoszący sprzeciwu głos podziałał na wszystkich jak zaklęcie. Powoli rozsiadali się na swoich zwykłych miejscach. Niektórzy poklepywali Jamesa po plecach, a Syriusz zabrał się do pocieszania z prawdziwego zdarzenia. Lily nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.
Większość przeszła nad tym incydentem do porządku zebrania. I tylko Dumbledore patrzył na Lily uważnie z łagodnym uśmiechem. Skinęła mu głową. Była pewna, że dyrektor już dawno zorientował się, że to tylko gra.
— Moi mili, bierzemy się do pracy — powiedział dobrodusznie. — Być może już niedługo dojdzie do pierwszego prawdziwego starcia. Powinniśmy się przygotować.
— Co pan ma na myśli, dyrektorze? — spytała Lily.
— Mów mi Albus, kochana — odparł. — Otóż Voldemort przygotowuje się do uwolnienia więźniów z Azkabanu. Jest to o tyle niebezpiecznie, że, jak wiecie, w Azkabanie przebywają najgorsi złoczyńcy, strzeżeni dodatkowo przez dementorów. Ani jednym, ani drugim nie można ufać.
— Ale przecież dementorzy są po naszej stronie! — zawołał przerażony Peter Pettigrew.
— Chwilowo tak, ale przecież oni żywią się tym, co jest specjalnością Voldemorta — wyjaśnił spokojnie Dumbledore. — Dla nich to może być bardzo kusząca propozycja.
— Narobiłeś w gacie, Glizdek? — zawołał złośliwie Black, wywołując salwę śmiechu.
Prawie w tym samym momencie na jej kolanach wylądował magiczny, papierowy samolot. Nie potrzebowała wróżbiarskich zdolności, by wiedzieć kto był nadawcą. Szybko odczytała wiadomość: „Może mały spacer po tym wszystkim?”. Uśmiechnęła się nieznacznie i odesłała samolot z wiadomością zwrotną: „Czekaj na mnie na wzgórzu za domem”.
— Musimy być gotowi do walki w każdej chwili. W odpowiednim momencie zostaniecie powiadomieni — ciągnął Dumbledore. — Przejdźmy może do szczegółów. Alastorze… — Czarodziej wykonał gest w kierunku Moody’ego.
— Niech żadne z was nie aportuje się od razu w pobliżu Azkabanu — zastrzegł groźnie auror. — Niesubordynacja to pewna śmierć. A dąsanie się na siebie jest stanowczo zabronione! — Spojrzał wymownie na Lily, a potem na Jamesa. — Współpraca przede wszystkim. Zostaniecie podzieleni na wzajemnie osłaniające się pary. W dwójkach dużo łatwiej będzie wam walczyć z nieprzyjacielem. Wymaga to oczywiście pełnego zgrania, którego niektórym najwyraźniej brakuje. — Znów to znaczące spojrzenie. Lily miała ochotę wybuchnąć śmiechem. — Potter, Evans! Wy razem!
Poruszenie jakie zapanowało po jego słowach było równie wielkie jak przy sytuacji sprzed zebrania. A może nawet większe. James wyglądał na zaskoczonego i zadowolonego jednocześnie. Lily teatralnie skrzyżowała ręce na piersiach. Wokół stołu przetoczyła się fala ożywionych rozmów. Syriusz z uśmiechem poklepał przyjaciela po plecach. Prawie natychmiast jednak mina mu zrzedła.
— Black, ty z Pettigrew! — zagrzmiał Moody.
— Ale dlaczego ja? — zaprotestował natychmiast.
— Koniec dyskusji! — warknął czarodziej, łypiąc groźnie na chłopaka.
Syriusz spojrzał na uśmiechającego się do niego nieśmiało Pettigrew.
Już nie żyję, pomyślał.
Moody miał wyjątkowy dar do łączenia w pary osób, które rzeczywiście musiały nauczyć się ze sobą współpracować. Co chwilę rozlegał się pomruk niezadowolenia. Lily jednak musiała przyznać, że te pozornie pozbawione logiki działania miały większy sens niż się wszystkim zdawało. Ta akcja nie tyle miała nauczyć ich współpracy, ile spowodować wspólne działanie w jednej sprawie ludzi, którzy niekoniecznie byli sobie bliscy. Taka walka nie w pojedynkę, a właśnie w parach wymagała bezgranicznego zaufania. I to właśnie chciał od nich wyegzekwować Moody — by potrafili wyjść obronną ręką z każdej sytuacji.
— Cisza! — zagrzmiał czarodziej ponad chórem dyskusji. Od razu przycichły rozmowy. — Śmierciożercy nie wiedzą, że chcemy sabotować ich plan. Przynajmniej taki był zamiar. Mamy więc po swojej stronie element zaskoczenia. Postaramy się go dobrze wykorzystać. Kiedy dostaniecie znak, macie się tu natychmiast pojawić. I nie próbujcie nawet indywidualnych eskapad. Jeśli ktoś naprawdę bardzo pragnie szybkiej i bezbolesnej śmierci, służę pomocą…
— Alastorze! — przerwał mu Dumbledore, jednak bez śladu gniewu w głosie.
— No dobrze, dobrze burknął Moody. — Ale jeśli ktoś ma skłonności samobójcze, niech przy okazji nie rujnuje planu — dokończył. Aportujemy się tutaj. Wszyscy. Bez wyjątku. A później przeniesiemy się świstoklikiem w pobliże Azkabanu…
— Przepraszam… — zagadnęła nieśmiało Lily. — A czy nie prościej byłoby się po prostu deportować? Tak duża grupa ludzi pojawiająca się w tym samym miejscu, w tym samym czasie musiałaby wzbudzić podejrzenia…
Kilka osób pokiwało głowami.
— Byłaś kiedyś w okolicach Azkabanu, Evans? — warknął Moody.
— Nie, ale…
— Więc poinformuję cię, że nie tylko jest miejscem nienanoszalnym, ale chronią go też zaklęcia antymugolskie i, tak jak w Hogwarcie, nie można się tam teleportować! Dlatego właśnie użyjemy świstoklika i pojawimy się w pobliskim lesie. Chyba że wolisz miotłę, co, Evans?
Lily pokręciła powoli głową. Moody najwyraźniej nie miał dobrego humoru… Co zresztą było u niego niemal normalne.
— Tak więc zostajemy przy świstokliku. I tak na wszelki wypadek, reszty planu dowiecie się dopiero w lesie.
— Ufamy wam — powiedział Dumbledore na widok zmieszania na twarzach zebranych. Moody prychnął. — Ale śmierciożercom i ich zaklęciom już nie. Lepiej dla was wiedzieć jak najmniej.
— Nie traktuj ich jak dzieci, Dumbledore! — zdenerwował się właściciel domu. — Ty, z tym swoim zaufaniem, przyjąłbyś do Zakonu każdą szuję.
— Zaufanie to podstawa tej organizacji, Alastorze!
— Wszystko jedno. Zebranie skończone! — krzyknął Moody do całej reszty.
— Zaraz, a jak zostaniemy powiadomieni? — zainteresował się Lupin.
— Zostaniecie. Won! — warknął auror i spojrzał na nich wyczekująco.
Członkowie Zakonu zaczęli powoli wstawać ze swoich miejsc. Szczególnie starsi z nich byli oburzeni zachowaniem gospodarza. Lily odczekała chwilę aż James przedostanie się do wyjścia i podążyła za nim.
Co ona robi? A tak, biegnie spotkać się z Jamesem Potterem, który do tej pory był dla niej największym idiotą na świecie.
Chłopak stał na wzgórzu z miotłą w ręku, tyłem do niej i patrzył za horyzont na zachodzące słońce. Stanęła obok niego i zauważyła delikatny uśmiech na jego ustach.
— Wiesz — zaczął — tak sobie myślę, że magia, którą praktykujemy za pomocą naszych różdżek, to mierna namiastka prawdziwej magii…
— Mówisz o zachodzie?
— O zacho… — Spojrzał na nią ze zdumieniem. — Nie. To znaczy… pewnie… w jakimś stopniu… — Machnął ręką. — Miałem na myśli los.
— Los?
— Przeznaczenie — odparł i znów wpatrzył się w prawie czerwone słońce. — Jak to jest, że teraz stoisz tu obok mnie?
— Tak… wyszło… — odparła ostrożnie. — Swoją drogą, daliśmy dziś niezły popis infantylnej kłótni uczniaków — powiedziała z uśmiechem.
Kiwnął głową.
— Uwierzysz, że robiliśmy to przez siedem lat? — spytał. — „Jesteś bardziej monotematyczny niż najedzony gumochłon” — to moje ulubione jak do tej pory.
Lily roześmiała się wesoło.
— Oboje byliśmy tacy dziecinni… — powiedziała. Spojrzała na niego z uwagą. — Wiesz, że jeszcze wczoraj chciałam o tym wszystkim zapomnieć? Chciałam, żeby ktoś wymazał mi z pamięci całe siedem lat Hogwartu!
— Z mojego powodu?
— Między innymi — odparła z uśmiechem. — Wydawało mi się, że nie potrafiłabym z tobą choćby porozmawiać, mając w pamięci te siedem lat.
— A dziś? — spytał, patrząc jej w oczy.
— Dzisiaj to tylko… echa — odparła po chwili zastanowienia. — Echa dawnych lat…
Stali tak przez chwilę obok siebie, ramię w ramię, jak starzy, dobrzy przyjaciele. Włosy Lily błyszczały słońcem, nabierając bardziej rdzawego odcienia. W okularach Jamesa odbijało się jesienne, pogodne niebo. Przerzucił miotłę do drugiej ręki i spojrzał na dziewczynę.
— Masz ochotę na przejażdżkę? — spytał z delikatnym uśmiechem.
Lily spojrzała sceptycznie na jego środek lokomocji.
— Jeśli ten kij mnie nie ugryzie, nie zacznie podskakiwać i jeśli to ty będziesz prowadził, to może się skuszę — odparła z wahaniem. W końcu mamy współpracować, prawda? — dodała.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, ustawił miotłę w odpowiedniej pozycji i usiadł na jej przedzie. Uniósł się na kilka metrów, zatoczył koło i wrócił po Lily.
— Ty się chyba jednak nigdy nie zmienisz! — powiedziała ze śmiechem, sadowiąc się za nim.
— Wybacz. Przyzwyczajenie — odparł i mrugnął do niej. — Złap się mocno — zarządził. Lily objęła go w pasie. — Gotowa?
— Aha…
Odbił się od ziemi i szybko wzbił się na wysokość koron drzew na pobliskiej ścieżce. W odruchu obronnym przed lękiem wysokości, Lily jeszcze mocniej się w niego wtuliła. Pęd powietrza rozwiewał jej włosy. Ułożyła policzek na plecach Jamesa i nagle nawiedziło ją irracjonalne uczucie. Dziesięć metrów nad ziemią, siedząc na znienawidzonym, drewnianym patyku i obejmując niedawnego wroga poczuła się… bezpiecznie.
komentarze [22]niedziela, 29 czerwca 2008 15:43:51
ŚlubNie było mnie i znowu mnie przez tydzień nie będzie. Udało mi się jednak tę notkę dodać. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zaległości nadrobię jak wrócę. Też potrzebuję odpoczynku od komputera;)
Kocham Severusa. Naprawdę. Kocham:)
Ach, i jeszcze zapraszam tu
***
Wyglądał idiotycznie. Błąd. Wyglądał bardziej idiotycznie niż kiedykolwiek w swoim życiu. Tylko on wiedział jak bardzo nienawidził w tej chwili Lucjusza Malfoya i jego przyszłej żony.
Lucjusz jak zwykle musiał wszystkim pokazać jaki to on nie jest bogaty i wpływowy. Może nie byłoby to takie okropne, gdyby przy okazji nie ubrał Severusa w jakiś śmieszny frak. Severus Snape we fraku! Świat się wali!
Ale to nie koniec upokorzeń. To, co ten zadufany w sobie bufon zrobił z jego włosami, było tak niedorzeczne, że miał ochotę rzucić w niego Avadą. Teraz. Natychmiast. Na oczach tych wszystkich wytrawnych czarodziejów! Czarne włosy Severusa Snape’a związane były w
kucyk. W dodatku jakąś potworną, srebrną wstążką! Tak, to był atak na jego osobę, na jego wizerunek, na jego godność, na jego…
A jakby tego było mało, musiał trzymać obrączki na jakiejś głupiej, wyszywanej poduszeczce. W dodatku, ze srebrnymi frędzlami w każdym rogu. Te „zabójcze” pierścienie naprawdę mogły wpłynąć co najmniej szkodliwie na zdrowie Severusa. Lucjusz nie miał za grosz smaku i wyczucia! Złote krążki mieniły się taką ilością kamieni szlachetnych, jakby ktoś upchnął je tam na siłę. Snape wykrzywił się z niesmakiem.
Zemsta będzie słodka!
— Czy ty, Lucjuszu, bierzesz sobie tę kobietę za żonę? — spytał mistrz ceremonii.
Ależ oczywiście, że chce. A nawet bardzo! Lucjusz Malfoy przecież od dawna był otumaniony przez piękną buźkę Narcyzy Black… Zgoda, nie tylko buźkę. Aż nie mógł się doczekać, kiedy w końcu cała ceremonia się skończy, a pewnie najchętniej od razu wykopałby gości i zamknął się z żoną w sypialni. Patrzył na nią tak, jakby rozbierał ją wzrokiem.
Severus właściwie mu się nie dziwił, patrząc z uznaniem na pannę młodą. Była uosobieniem piękna. Chłodnego, niewiernego piękna. Snape pewnie nigdy by się nią nie zainteresował. Można w niej było czytać jak w otwartej księdze, odartej ze wszelkich tajemnic. A Severus był odkrywcą. Nie mógł jej jednak odmówić naturalnego uroku i nie posiadał się ze zdumienia, że Lucjusz widzi tylko okładkę, choć przecież cała książka była mu znana.
Narcyza Black — Malfoy — była zwykłą kokietką, która wykorzystywała to, czym obdarzyła ją natura do własnych celów i wedle uznania. Ale Lucjusz był zbyt zaślepiony, by to dostrzec.
A może nawet widział, ale był tak zafascynowany obwolutą, że nie zważał na treść. Severus uśmiechnął się kpiąco. Gdyby to był jego ślub — co, oczywiście, było absolutnie nierealne — to odbyłby się on na świeżym powietrzu, a nie w domu z marmurów, w wielkim, magicznie oświetlonym holu. Krzesła ustawiono by w koło, a nie w dziesięć rzędów po dwadzieścia siedzeń. Ilość gości nie zależałaby od tego, ile czarodziejskich rodzin zna i ile z nich jest wystarczająco bogatych, ale od tego, w ilu z nich nie rzuciłby śmiertelnej klątwy przy spotkaniu w cztery oczy. Jego drużba nie stałby obok niego w idiotycznym fraku, a panna młoda na pewno nie byłaby Narcyzą Malfoy. Byłaby to pewna drobna, rudowłosa osóbka, która burzyła wszystkie jego schematy.
— Obrączki proszę — powiedział w końcu mistrz ceremonii.
Z ulgą pozbył się tego świecącego badziewia. Jego obrączka na pewno nie byłaby złota! Choć może złoto pasowałoby do Lily… Severus uśmiechnął się w duchu do swoich wspomnień…
— Sev…? — zaczęła niepewnie Lily.
Siedziała na skraju piaskownicy. Czarnowłosy chłopak lepił coś z piasku, a dziewczynka obserwowała go z uwagą. Ubrany był w krótkie, workowate spodenki i białą koszulkę na ramiączkach. Wyglądał wciąż dziwnie, ale Lily była szczęśliwa, że udało jej się wyperswadować mu noszenie płaszcza w środku lata. Wrócili właśnie do domu o pierwszym roku nauki w Hogwarcie.
— Hm? — Przerwał zabawę, by na nią spojrzeć. Wyglądała, jakby coś ją niepokoiło, ale nie potrafiła tego przekazać. — O co chodzi? — spytał.
— Czy… czy czarodzieje biorą śluby? — wypaliła i natychmiast odwróciła wzrok.
Severus zamrugał gwałtownie i zaśmiał się cicho.
— Oczywiście, że tak. Moja mama… — urwał. — Dlaczego to cię tak nagle zaciekawiło?
— Bo… moja ciocia wyszła za mąż… I miała taką śliczną, białą suknię… I wesele, i tańce, i gości… — wyrzucała z siebie Lily, nie patrząc na Severusa. — No i zwierzyłam się Petunii, że też chciałabym mieć taki ślub. A ona… ona powiedziała… powiedziała, że dziwolągi nie biorą ślubów — wydukała. — Sev, powiedz, że to nieprawda. Powiedz! — zawołała, spoglądając na niego błagalnie.
— Mówię — odparł z uśmiechem, a Lily rzuciła mu się na szyję. Nie ruszał się przez chwilę, wdychając zapach jej włosów. — A za kogo byś chciała wyjść? — spytał niepewnie, kiedy się od niego oderwała.
— Na pewno za kogoś, kto mógłby być moim przyjacielem. Ciocia Susan poślubiła pana, którego zna od dziecka.
— My też znamy się od dziecka — powiedział cicho Severus. — I jesteśmy przyjaciółmi.
Lily popatrzyła na niego badawczo. Jej zielone oczy błądziły po jego napiętej twarzy, by w końcu zatrzymać się na czarnych jak noc tęczówkach.
— Tak, Sev, jesteśmy…
A teraz co? Stał jak ten idiota i drużbował Lucjuszowi, choć to on powinien stać na miejscu pana młodego. A Lily obok niego. Ale on wybrał czarną magię. Nie rozumiała jak wielki wpływ może ona mieć na tego, kto jej się pokłoni. Że nie ma już odwrotu, bo pokusa jest zbyt wielka, by ją przezwyciężyć. Na tym etapie nikt już nie chce jej zwyciężać.
Powiódł wściekłym wzrokiem po zaproszonych gościach. Bellatriks Black — obecnie już Lestrange — siedziała obok swojego męża, Rudolfa, patrząc z uznaniem na siostrę. Obok niej usadowiła się Walburga Black, wciąż w żałobie po mężu, i Regulus. W pierwszych rzędach siedzieli też dalsi kuzyni i kuzynki obu stron, usadzeni według posiadanego złota, rzecz jasna.
Ślub nareszcie się skończył. Snape postanowił nie czekać na wesele, ale od razu się ulotnić. Zmienił jednak zdanie, gdy zobaczył stół zastawiony alkoholem wszelakiej maści. W tej chwili zrobiłby wszystko, by nie pamiętać tego dnia. Ten jeden, jedyny raz się upije…
komentarze [20]sobota, 31 maja 2008 17:39:41
Rozmyślania w kuchniEkhm... Jak to ja... Mam małe problemy z rozeznaniem kogo informować, a kogo nie. Moglibyście mi trochę pomóc i wpisać się do księgi gości, jeśli chcecie być powiadamiani? Miło by było, gdybyście zostawili numer gg lub maila, bo tak jest szybciej, ale nie jest to... powiedzmy... warunkiem koniecznym;)
Lily od dłuższego czasu siedziała przy stole w błyszczącej czystością kuchni. Od śmierci matki, to Petunia zajmowała się domem. Rudowłosa często miała dziwne wrażenie, że jej pedantyczna siostra właśnie w ten sposób wyładowuje całą swoją frustrację. Mieszała bezwiednie kawę, która już dawno zdążyła wystygnąć.
Do kuchni wszedł jej ojciec i popatrzył z troską na córkę. Coraz bardziej się o nią martwił. Szczególnie po śmierci jego żony, straciła kontakt ze światem. Mężczyzna aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że potrzebowała kogoś, z kim mogłaby podzielić się swoimi problemami. Zwyczajnie, po ludzku się wygadać. On starał się słuchać, ale nie wiedział wiele o świecie czarodziejów i często nie potrafił jej pomóc. W końcu już nawet nie próbowała mu nic wyjaśniać, a on przestał pytać.
Ale tym razem nie dał za wygraną. Wyglądała jakby biła się z myślami, nie do końca tak, jak robiła to wcześniej.
— Co cię gryzie, Lily? — spytał pan Evans i usiadł obok niej, chwytając ją za rękę.
Oderwała wzrok od kawy i spojrzała na ojca. Wpatrywała się przez chwilę w jego zielone oczy, tak podobne do jej własnych. Pionowa zmarszczka pojawiła się na jej czole, kiedy śledziła wzrokiem jego zmęczoną, starą twarz i siwe włosy. Westchnęła ciężko.
— Echa, tatuś, to tylko echa… — odparła.
Spojrzał na nią zdumiony,
— Echa? — powtórzył, nie rozumiejąc.
— Echa dawnych lat…
— Znowu dręczą cię wspomnienia? — spytał, ściskając jej dłoń.
— Tak jakby — odparła i przestała w końcu mieszać kawę, odsuwając od siebie kubek.
— O czym myślisz? — Ojciec za wszelką cenę chciał jej pomóc.
— O kim — odparła bezmyślnie i założyła włosy za ucho. — O… Potterze… — dodała, zanim pan Evans zdążył zadać kolejne pytanie.
— O tym chłopcu, który tak ci dokuczał w szkole? — spytał zdumiony mężczyzna.
— On już nie jest chłopcem, tato. W tym cały szkopuł. — Ojciec spojrzał na nią z mieszaniną zaskoczenia i niezrozumienia na twarzy. — Gdyby wciąż był tamtym smarkaczem, to nawet nie zaprzątałabym sobie głowy jego cudowną osobą — burknęła. Jakbym nie miała już dość problemów, pomyślała.
Cień zrozumienia przemknął przez twarz pana Evansa.
— Spotkałaś go znowu? — spytał ostrożnie.
— Tak — brzmiała lakoniczna odpowiedź.
— I w czym tkwi problem? — ciągnął mężczyzna.
Lily przez chwilę nie odpowiadała. Jej szmaragdowe oczy wyrażały tak wielkie wahanie, że jej ojca zaskoczył sam fakt, że w końcu się odezwała.
— On twierdzi, że się zmienił — powiedziała. — I wszystko wygląda na to, że tak rzeczywiście jest. Tylko… — urwała na chwilę. — A jeśli to wszystko tylko pozory? Jeśli w głębi wciąż jest tym samym zarozumiałym dupkiem?
— Do czego zmierzasz?
Westchnęła cicho. Czy życie musiało być tak skomplikowane? I czy musiało ją obdarzać wszystkimi dostępnymi zmartwieniami jednocześnie?
— On próbuje ze mną porozmawiać, a ja wciąż… — powiedziała i znów urwała. Ojciec patrzył na nią wyczekująco, jednocześnie delikatnie głaszcząc jej dłoń. — Ja wciąż widzę w nim Huncwota, który dokuczał Severusowi i przez którego cała szkoła uważała mnie za niedostępną górę lodową. Czy to ma sens? — spytała słabo, patrząc uważnie w oczy ojca, jakby szukała w nich odpowiedzi.
— Nie wiem, dziecko — odparł z troską pan Evans. — Ale ja już nie jestem młody…
— Tato! — przerwała mu ze złością.
— … i pewnie niedługo dołączę do twojej mamy — dokończył. — No nie patrz tak na mnie! — zawołał. — Ludzie umierają. — Urwał na moment, być może czekając na jej reakcję. Lily patrzyła na niego smutno, ale nic nie powiedziała. — Wiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej — ciągnął. — Nie chciałbym zostawiać cię na świecie, w którym nikogo już nie masz.
Rudowłosa zamyśliła się. Właściwie nie zostałaby sama. W końcu była jeszcze Petunia. Sama jednak nie wierzyła w to, że mogłaby się z nią w jakikolwiek sposób porozumieć.
— Na Petunię bym nie liczył — powiedział pan Evans, jakby czytał w jej myślach. — Nie wiem dokładnie, co zaszło między wami, ale przecież widzę, że się nie znosicie.
— To ona mnie nie znosi! — zaprzeczyła natychmiast Lily.
— W porządku — odparł mężczyzna ze smutnym uśmiechem. — Ale… potrzebujesz czarodziejów. A Potter jest kimś, z kim mogłabyś pogadać. — Dziewczyna spojrzała na niego sceptycznie. — Tylko pogadać, Lily. Jestem pewien, że ten młody człowiek wie ogromnie dużo o magii i… tym, no… — urwał zakłopotany.
— Voldemorcie — podsunęła odruchowo.
— Właśnie.
Lily tylko westchnęła ciężko. Prawda. Najprawdziwsza prawda. Potter wiedział o Voldemorcie zdecydowanie więcej niż mogłaby się spodziewać. Niż ona sama wiedziała…
— To nie tak, że ja… że ja nie chcę… — zaczęła ostrożnie. — To tylko… nie jestem pewna, czy… — Miała wyraźne problemy z wysłowieniem się. — Czy potrafiłabym… pozbyć się… wspomnień — dokończyła niemal szeptem. Poza tym, on nie jest jedynym czarodziejem na świecie, z którym mogłabym porozmawiać, chciała dokończyć.
— A dlaczego chcesz się ich pozbywać? — zdumiał się pan Evans.
Lily spojrzała na niego zaskoczona. Myślała, że to oczywiste. Wspomnienia z Hogwartu nie pozwalały jej normalnie porozmawiać z Potterem. Nie dawały uwierzyć w to, że wydoroślał. I za żadne skarby nie chciały zostawić jej w spokoju.
— Jak to? — spytała zdziwiona.
— Wspomnienia są częścią nas, moja droga — odparł z powagą jej ojciec. — Gdybyś je wyrzuciła, to tak, jakbyś utraciła tę malutką cząstkę siebie.
Nigdy tak o tym nie myślała. Trochę ją to zaskoczyło. Ale, wbrew sobie, musiała przyznać, że miało to więcej sensu, niż mogłaby przypuszczać.
— Dzięki, tato — powiedziała z prawdziwą wdzięcznością, całując ojca w policzek. — Od razu mi lepiej — dodała, uśmiechając się szczerze. Mężczyzna już dawno nie widział tego pięknego gestu na twarzy córki. Postanowił nieco zmienić temat.
— A wiesz, że Petunia wychodzi za mąż? — spytał wesoło.
Uśmiech Lily powoli stopniał, przechodząc w wyraz kompletnego zaskoczenia. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, szybko je jednak zamknęła.
— Jak… to? — wydukała
— Po prostu — odparł pan Evans, wzruszając ramionami. — Intrygujące, prawda? — dodał i mrugnął do niej.
Petunia wychodzi za mąż. Petunia wychodzi za mąż. Petunia. Wychodzi. Za. Mąż. PETUNIA. ZA MĄŻ. Roześmiała się wbrew sobie.
— To takie absurdalne! — powiedziała w końcu. — Niedawno byłyśmy jeszcze dziećmi, a teraz…
Teraz ona wychodzi za mąż i już nigdy się z nią nie pogodzę, pomyślała smutno.
— Kto to? — spytała.
— Nazywa się Vernon Dursley i łazi za nią od roku — odparł pan Evans.
ROKU?! I ona nic nie widziała?!
— Petunia Dursley… — powiedziała cicho Lily, jakby się nad czymś zastanawiała. — Przecież to… NIEWYOBRAŻALNE! — dodała i uśmiechnęła się.
Jej ojciec odwzajemnił uśmiech.
— Pogadaj z Potterem, dobrze? — poprosił na koniec, wstając od stołu. Przewrócił oczami, gdy zobaczył jej spojrzenie pełne wahania. — Lily, na Boga! Nie musisz zaraz za niego wychodzić! — zawołał.
Dziewczyna roześmiała się wesoło i skinęła głową.
— Dobrze, tatuś. Pogadam.
A przynajmniej spróbuję…
komentarze [28]sobota, 17 maja 2008 15:13:15
DomNo tak, dłuuuuga przerwa. Bardzo przepraszam, ale niestety byłam ostatnio zbyt leniwa, żeby notkę przepisać na komputer;)
Coś innego, o kimś innym. Mam nadzieję, że się Wam spodoba;*
***
Kiedy stanął przed okazałym, starym budynkiem, poczuł jak dziwny dreszcz przebiega mu po plecach. Wzdrygnął się mimowolnie. Jak dawno już tu nie był? Rok? Dwa? A wydawało się, jakby dopiero co wytapetował swój pokój w barwy Gryffindoru. Uśmiechnął się delikatnie na wspomnienie zdjęć roznegliżowanych mugolek, które doprowadzały do szaleństwa jego rodziców.
Wiatr poruszał zachłannie gałęziami drzew, przekazując im swoje tajemnice, roznosząc plotki po całym świecie. Ciekawe co wyszeptał im o nim…
Czarnowłosy, przystojny chłopak podszedł z wahaniem do solidnych, drewnianych drzwi i wziął do ręki kołatkę. Już miał zapukać, kiedy pewna myśl sprawiła, że zrezygnował. W końcu to był jego dom. Nie musiał nikomu ogłaszać swojego przybycia. Z gorzkim uśmiechem otworzył drzwi i wszedł do środka.
Nic się nie zmieniło od czasu jego ucieczki. Właściwie tylko unoszący się w powietrzu zapach starości przypominał o jakimkolwiek upływie czasu.
Z właściwą dla niego pewnością siebie, wbiegł po schodach do swojego dawnego pokoju. Miał nadzieję, że nikt nie ośmielił się ruszać jego rzeczy. Uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy zastał wszystko na swoim miejscu.
— Co ty tu robisz? — usłyszał za sobą zimny głos, należący z całą pewnością do jego brata.
Odwrócił się i zmierzył się ze swoją młodszą, chudszą i niższą kopią, przesiąkniętą czarną magią. Regulus! Ukochany przez matkę Regulus! Syriusz skrzywił się nieznacznie.
— Słyszałem, że ojciec umarł — odparł równie chłodno, a w jego oczach odbiło się coś ze spojrzenia rozwścieczonego psa.
— Dobrze słyszałeś — rzucił obojętnie Regulus, mierząc brata wzrokiem. — To jednak wciąż nie tłumaczy twojej obecności — dodał.
— Ach, czyli nie ma szans, żebyście zaprosili mnie na pogrzeb? — mruknął z goryczą.
— A co ci tak zależy? — spytał ze złością młody Ślizgon. — Nie należysz już do tej rodziny!
— Ty za to należysz podwójnie — warknął Syriusz. — Regulus Black, cudowne dziecko! — zakpił.
— Przestań! — zawołał młodszy z braci, wyciągając różdżkę.
— A co mi zrobisz? — kpił dalej Syriusz, przeszukując spodnie w poszukiwaniu swojej broni. — Walniesz książką do czarnej magii?
— Przestań natychmiast, bo pożałujesz! — syknął Regulus przez zaciśnięte zęby.
— Co tu się dzieje?
W drzwiach pojawiła się postawna czarownica, ubrana w czarną, elegancką suknię, z ciemnymi włosami, upiętymi z tyłu w ciasny kok. Jej usta uformowały się w wąską krwistoczerwoną linię, gdy ujrzała starszego syna.
— Czyżbyś zmądrzał? — spytała groźnie.
— Pytasz czy chcę przyłączyć się do Voldemorta? — spytał Syriusz, z satysfakcją obserwując grymas na jej twarzy, gdy wymówił złowrogie imię. — Jeśli tak, to muszę cię zmartwić… matko — dodał po chwili, praktycznie wypluwając ostatnie słowo.
— W takim razie wynoś się! — zawołała. Syriusz jednak nie ruszał się z miejsca, wpatrując się bezczelnie w jej rzucające gromami oczy.
— Chcę się pożegnać z ojcem — powiedział spokojnie.
— Nie jesteś już jego synem! — odparła rozzłoszczona. — A to nie jest twój dom!
— Ale… — próbował protestować.
— WYNOCHA! — wrzasnęła, aż zatrzęsły się ściany.
Przez chwilę patrzył na matkę wyzywająco, po czym z godnością wymaszerował przez drzwi, zbiegł po schodach i wypadł z domu, trzaskając drzwiami i przysięgając sobie, że jego noga nigdy już nie postanie w tym miejscu. Skrzywił się, kiedy przypomniał sobie, że już kiedyś sobie to obiecywał.
To było latem po jego szóstej klasie. Przez cały lipiec starał się być w domu najkrócej jak to było możliwe. Całe dnie biegał po okolicy w swojej animagicznej postaci, starając się płatać sąsiadom tyle figli, ile tylko było możliwe. Do domu wracał późno, czasami nawet nie wracał… Miał dość ciągłego faworyzowania Regulusa przy jednoczesnym traktowaniu jego jak powietrza.
Tym razem pojawił się przy drzwiach tuż przed północą. Od razu zauważył, że coś się zmieniło. Stworek nie mamrotał nic pod nosem, kiedy ustawiał buty Syriusza, a nawet zdawało się chłopakowi, że skrzat podrygiwał w jakimś nieznanym rytmie. Zły znak. Jeśli Stworek był wniebowzięty, to on na pewno nie miał się z czego cieszyć. Pełen złych przeczuć ruszył po schodach do swojego pokoju. Nie zdążył tam jednak dotrzeć. Kiedy był na pierwszym piętrze, usłyszał z dołu głos matki.
— Syriuszu! Zejdź tu natychmiast! — zawołała z jakąś nieokreśloną dumą. Wolał w tej chwili nie lekceważyć jej rozkazu.
Poprowadziła go do kuchni, gdzie trwało jakieś małe przyjęcie. Oprócz ojca, który nieustannie poklepywał jego brata po plecach i samego Regulusa, były też jego kuzynki — Bellatriks i Narcyza — wraz z rodzicami.
— Co mnie ominęło? — spytał, przyglądając się ich pełnym zadowolenia twarzom.
— Ufam, że wiesz kto to śmierciożercy? — bardziej stwierdziła niż zapytała Bella, z tym samym śladem dumy w głosie.
Ograniczył się do skinięcia głową. Miał złe przeczucia.
— Otóż masz przed sobą dwoje z nich — oświadczył ojciec. — Bellatriks i nasz Regulus zostali sługami Czarnego Pana.
Drgnął. Nie spodziewał się tego po swoim bracie. Bella była szalona i nieobliczalna. Władała czarną magią lepiej niż Syriusz białą. Ale on? Biedny, mały Regulus! Jego rodzina była tak zaślepiona ciemnymi mocami, że nie dostrzegała tego, co on widział. Jego brat nie nadawał się na sługę Voldemorta. Był zbyt podatny na wpływy i — wbrew wszelkiej logice — zbyt uczuciowy. Syriusz założyłby się o swoje włosy, że Regulus nie wytrzyma w szeregach swojego nowego pana nawet roku. Od razu spochmurniał.
— A Narcyza wzbudziła zainteresowanie Malfoya — odezwała się matka blondynki, z wyraźną wyższością.
Syriusz całą siłą woli powstrzymywał prychnięcie.
— Mój kochany, jedyny synek! — zawołała z entuzjazmem pani Black i podbiegła do Regulus, ściskając go mocno, ku jego wyraźnemu niezadowoleniu.
— A ja to co? — mruknął Syriusz. — Podrzutek?
Jego matka od razu spoważniała, a w spojrzeniu, którym obdarzyła chłopaka, czaiła się ukryta groźba.
— A zasłużyłeś na miano syna? — warknęła. — Pokaż, że jesteś prawdziwym dziedzicem starożytnego rodu Blacków!
Tym razem nie udało mu się powstrzymać głośnego prychnięcia. Roześmiał się gorzko i wybiegł z kuchni. Błyskawicznie znalazł się w swoim pokoju. Równie szybko spakował się z pomocą różdżki i deportował się, klnąc się na wszystkie świętości, że jego noga już nigdy w tym domu nie postanie.
komentarze [13]piątek, 25 kwietnia 2008 20:16:01
UtarczkiNie lubicie mnie już?;)
Obiecałam długą notkę. I jest. Jak na mnie mega - długa. Mam dość przepisywania czegokolwiek na komputer na dłuższy czas, ale jestem zadowolona z efektu. Mam nadzieję, że też będziecie.:)
Małe zmiany w szablonie, których, niestety, niestety nie zawsze widać.
***
Lily znowu znalazła się na wysadzanej klonami ścieżce, trochę niepewnie spoglądając w stronę kamiennego miejsca przeznaczenia. Niebo zasnuło się chmurami, z których siąpał leniwie kapuśniaczek. Zimny wiatr niósł ze soną zapowiedź zimy, która jeszcze całe dwa miesiące musiała ustępować miejsca jesieni.
Niemal wbrew sobie ruszyła do przodu. Bała się kolejnego spotkania z Potterem. Pierwsze zaskoczyło ją całkowicie. Nie spodziewała się już nigdy więcej z nim spotkać. A jednak… Życie kolejny raz płatało jej figla.
Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze niemal godzinę do zebrania Zakonu. Nie wiedziała co przywiodło ją na tę ścieżkę tak wcześnie. Nie mogła wysiedzieć w jednym miejscu dłużej niż kilka sekund, dręczona myślami, wspomnieniami…
Otworzyła furtkę i wkroczyła do twierdzy Zakonu, gotowa na powtórkę z dnia wczorajszego. Żadne zaklęcie nie powstrzymało jej tym razem przed przejściem do salonu, który pełnił rolę sali obrad. W kominku trzaskał wesoło ogień. Zdjęła płaszcz i przewiesiła go przez oparcie krzesła. Nikogo jeszcze nie było, nawet Moody’iego, do którego ten dom należał.
Lily podeszła do komina i wyciągnęła do ognia skostniałe dłonie. Poczuła miłe ciepło, rozchodzące się po jej ciele. Uśmiechnęła się do swoich wspomnień, które odbiły się nagle w jej szmaragdowych oczach.
— Severus! Sev, zaczekaj! — zawołała ze śmiechem ruda dziesięciolatka. Miała na sobie ciężką, grubą kurtkę, w której wyglądała trochę jak śnieżna kulka. U jej stóp piętrzył się cały stos tej śmiercionośnej amunicji. Machała z ożywieniem w kierunku czarnowłosego chłopca, który biegał ze śmiechem wokół niej i obrzucał ją śniegiem. — Severus, na miłość Boską! Daj mi szansę! — krzyknęła, uchylając się przed kolejną kulą.
— Nie ma mowy! — odparł chłopiec. — Sama tego chciałaś, zapomniałaś?
Miał na sobie wyciągnięty, granatowy płaszcz, o wiele na niego za duży. Zdawał się jednak tym faktem za grosz nie przejmować, tak samo jak Lily, której wreszcie udało się pochwycić śnieżkę i wycelować ją w Snape’a. Chybiła.
— To niesprawiedliwe! — zawołała i podniosła kolejną kulkę, uchylając się przed nadlatującymi ze wszystkich stron pociskami.
— Żadnych zasad. Zapomniałaś? — Następna śnieżka wylądowała na plecach Lily.
— Dobra, już dobra! Poddaję się! — powiedziała w końcu zrezygnowana, unosząc ręce.
Severus podbiegł do niej ze śmiechem.
— Co teraz? — spytał.
— Idziemy do mnie — odparła, szczękając zębami. — Jestem cała mokra! — zawołała.
Snake niechętnie pokiwał głową.
— A Petunia? — burknął.
— Tunia? Co z nią? — zdziwiła się Lily, łapiąc Severusa za rękę i ciągnąc w kierunku swojego domu.
— Nie wiem, czy zauważyłaś, ale ona mnie nie cierpi.
— Ona ciebie, czy ty jej? — spytała rudowłosa. Snape prychnął. — No widzisz! Tunii nie ma. Pobiegła o Susan Rimley. Ostatnio często tam przesiaduje.
Uspokojony Severus, pozwolił się poprowadzić do domu państwa Evans, gdzie przy kominku, z kubkami gorącego kakao w dłoniach, zaśmiewali się z czegoś do łez.
„Gdzie są tamte dni?” — pomyślała ze smutkiem Lily. — „Cośmy z nimi zrobili, Sev? Co ty z nimi zrobiłeś…?”
— Lily? — Usłyszała za sobą niepewny głos, który wyrwał ją z zamyślenia.
Obróciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz z Potterem.
— James… — odparła.
Tak obco zabrzmiało to w jej ustach; nienaturalnie i nierealnie. Oboje byli tym faktem w równym stopniu zaskoczeni. Musiała coś z tym zrobić.
— Potter — rzuciła szybko. Tak, to brzmiało znacznie lepiej. Zerknęła na zegarek. Zostało im jeszcze co najmniej pół godziny. Trzydzieści minut z Potterem?
— Co ty tu robisz? — spytał James, wciąż jeszcze nieco skołowany.
— Należę do Zakonu. Myślałam, że zauważyłeś — odparła, siląc się na obojętność.
— Wiesz, że nie… — zaczął, ale szybko mu przerwała.
— Nie wiem — powiedziała. — I nie chcę wiedzieć — dodała, porwała płaszcz z krzesła i wyszła z salonu. W korytarzu dogonił ją James.
— Evans… — zawołał, łapiąc ją za rękę i obracając do siebie. — Lily… — poprawił się szybko. — Porozmawiajmy.
Nie był już tym młokosem z Hogwartu. Patrzył na nią nieco z góry. Jakoś nigdy nie zauważyła, żeby był od niej wyższy aż o głowę. Zmężniał i spoważniał. Na twarzy zauważyła ledwo widoczne ślady po zaroście. Orzechowe oczy wyraźnie posmutniały, choć tliły się w nich ogniki hogwarckich psot. Jak odbijające się w tęczówkach echa dawnych lat. I tylko prostokątne okulary i czarne, rozczochrane włosy pozostawały takie same, niezmienne, jakby tylko ich nie dotknął czas. Mogłaby być może spojrzeć na niego inaczej, gdyby nie jej własne wspomnienia — żałosne echa dawnych lat…
Gdyby tylko…
— Nie mamy o czym rozmawiać — odparła. — Puść mnie, Potter! — dodała ze złością.
On jednak nie miał najmniejszego zamiaru tego robić.
— Nic o mnie nie wiesz, Lily… — wyszeptał.
— I niech tak zostanie — burknęła i wyrwała rękę z jego uścisku. Wybiegła z kamiennej twierdzy, która obudziła w niej cały potok wspomnień.
James patrzył chwilę tępo na drzwi. Westchnął ciężko i opadł na jedno z krzeseł w salonie, nie siląc się nawet na zdjęcie płaszcza. Zapatrzył się w ogień na kominku.
Syriusz by go pocieszył, rozśmieszyłby go, doradził. Black mógłby napisać cały podręcznik na temat kobiet. Co z tego, skoro nigdy tak naprawdę żadnej z nich nie kochał?
James siedział w pokoju wspólnym Gryffindoru, próbując skupić się na zadaniu domowym z transmutacji. Literki na pergaminie wciąż zlewały mu się przed oczami, układając się w twarz Lily.
— Siema, Rogaś! — zawołał Syriusz, opadając nonszalancko na fotel. Kątem oka uchwycił śledzące go spojrzenia dziewcząt. Uśmiechnął się z zadowoleniem.
James podskoczył na fotelu, ale nawet nie spojrzał na przyjaciela. Myślami wciąż był daleko.
— E, Potter! — zawołał ze śmiechem Syriusz, machając mu ręką przed oczami. — Zejdź na ziemię! Co znowu? — Jedno spojrzenie orzechowych oczu i już wiedział. — Evans — jęknął. — Znowu… Stary, zaczynasz być nudny!
— A co ja na to poradzę?! — wybuchnął James. — Zakochałem się, nie widać?!
— Oj, i to jeszcze jak! — zaśmiał się Syriusz i poklepał przyjaciela po plecach, po czym wyciągnął się wygodnie w fotelu. — Ja do Evans nic nie mam — dodał, unosząc ręce w obronnym geście. — Ale, człowieku! Nie możesz spędzić całego życia na wzdychaniu do tej rudej!
— I co, twoim zdaniem, powinienem zrobić, co? — zdenerwował się Potter.
— Wolny strzelec — odparł Syriusz. — To jest idealne rozwiązanie dla każdego faceta! Zero ryzyka, zero zobowiązań! — dodał z uśmiechem.
James skrzywił się nieznacznie. Miał na tę kwestię nieco inne poglądy.
— Ta, jasne… — mruknął.
— Słuchaj, poumawiaj się z innymi laskami. Nabędziesz trochę doświadczenia…
— Ale ja nie chcę innych! Ja chcę Evans!
— Na dropsy Dumbla! Stajesz się coraz bardziej beznadziejny, człowieku! — zawołał Black. — Mam pomysł. Wstaniesz teraz grzecznie z fotelika i pójdziemy doprowadzać Filcha do szaleństwa. Zarobimy jakiś szlaban i wszystko wróci do normy.
— Nie mam teraz nastroju — burknął i znowu zapatrzył się w ogień.
— E… ech! — westchnął Łapa, machnął ręką, odszedł z uwodzicielskim uśmiechem do trzech dziewcząt przypatrujących mu się od dłuższego czasu i zaczął z nimi flirtować.
Lily wróciła do sali obrad tuż przed rozpoczęciem zebrania. Pech chciał, że jedyne wolne miejsce pozostało obok Pottera. Westchnęła w duchu, ale usiadła bez ociągania. James uśmiechnął się do niej niepewnie, jednak nie zdobyła się na odwzajemnienie tego gestu.
— Jak zapewne wiecie — zaczął Dumbledore — Voldemort szerzy coraz większą panikę. Jego metody to zabijanie dla zabawy, zastraszanie i rozdzielanie rodzin. Rodzi niepewność, strach i ból, o czym wielu z nas doskonale wie. — Dyrektor Hogwartu rozejrzał się po sali, patrząc ze współczuciem na kilkoro członków Zakonu, w tym Pottera. — James, przybliżysz sytuację naszym nowym członkom? — spytał łagodnie Dumbledore, a Lily dopiero teraz spostrzegła, że kilka osób wygląda na dokładnie tak samo zagubionych jak ona.
Potter jakby otrząsnął się z zamyślenia. Wyjął różdżkę i wprawnym ruchem wniósł jeden z leżących na stole, ogromnych pergaminów. Rozległo się kilka zduszonych okrzyków. Lily wciągnęła ze świstem powietrze.
Pergamin przedstawiał portret człowieka — a raczej kogoś, kto kiedyś nim był. Na jego głowie nie dostrzegła ani śladu włosów. Ziemista cera mocno kontrastowała z pionowymi, szparkami, które świeciły złowrogo czerwonym blaskiem w miejsce oczu. Usta zastępowała wąska, pozioma linia, a nos bardzo przypomniał nos węża. Było w tym wizerunku coś przerażającego, nieludzkiego.
— Przepraszam za to, ale powinniście wiedzieć z kim mamy do czynienia. Jeśli zobaczycie tę wężowatą sylwetkę na horyzoncie, macie dwa wyjścia — walkę lub ucieczkę. Oba są jednak rozwiązaniem tymczasowym, bo kiedy ten pan pofatyguje się do was osobiście, praktycznie już jesteście martwi. Możecie się też do niego przyłączyć, czego nie polecam, jeśli ktoś nie chce mieć mnie za wroga. — James potoczył wyzywającym wzrokiem po ludziach zebranych w salonie, zupełnie jak za czasów Hogwartu, gdy rzucał bezczelne wyzwania innym uczniom. — To jest, moi mili, Lord Voldemort — dodał i machnął ponownie różdżką. Pergamin okrążył salę, by wszyscy dobrze mu się przyjrzeli, po czym zwinął się w rolkę i ponownie wylądował na stole.
— Czy… — Usłyszeli cichy głos, należący niewątpliwie do pulchnego blondynka, siedzącego po lewej stronie Remusa Lupina. — Czy moglibyśmy nie wymawiać jego imienia?
— Peter, nie bądź dzieciak! — powiedziała ze zrezygnowaniem jasnowłosa kobieta.
— Tak, już to przerabialiśmy! — poparł ją siedzący pośrodku stołu mężczyzna, przewracając przy tym oczami.
— Strach przed imieniem wzmaga strach przed tym, który je nosi — powiedział poważnie Potter. — Mam rację, dyrektorze? — spytał, zwracając się do Dumbledore’a. Ten skinął głową z delikatnym uśmiechem. — A więc jeśli się boisz, to może nie jest to miejsce dla ciebie? Co, Glizdogon?
Peter wymamrotał coś pod nosem, ale pozostał na miejscu. Rozległy się ciche chichoty. Lily natomiast gapiła się na Jamesa z rozszerzonymi ze zdumienia oczami i rozchylonymi wargami. Nigdy jeszcze go takim nie widziała. Jeśli się popisywał, to cholernie dobrze grał! Nic jednak na to nie wskazywało. Mężczyzna wyglądał, jakby prowadzenie zebrania było dla niego jak chleb powszedni.
— Dobrze, to… wróćmy może do przedstawienia sytuacji — powiedział Potter i odchrząknął. Wszelkie odgłosy natychmiast ucichły. Miał w sobie jakąś zadziwiającą siłę. — Voldemort ma swoich szpiegów wszędzie. Śmierciożercy — tak o nich mówią — Lily wbiła wzrok w blat stołu — są nawet w Ministerstwie Magii, choć nie wiemy dokładnie gdzie i kto jest kim. Nie zawsze też udaje się odróżnić kogoś będącego pod wpływem Imperiusa od prawdziwego śmierciożercy. Dlatego powtórzę radę Alastora: „Stała czujność!” — wykrzyknął z uśmiechem, a kilka osób podskoczyło na krzesłach. Czyli nie stracił jeszcze jednak całego poczucia humoru? — Dobrze, tu są nazwiska. — Kolejny pergamin uniósł się nad stołem. — Po lewej są ci „nasi”, po prawej ci „ich”. To są sprawdzone informacje. Ci w środku natomiast to „grupa ryzyka”, czyli ci, których podejrzewamy o współpracę, a… — Urwał i przez chwilę przyglądał się pergaminowi, zabawnie marszcząc brwi. — Albusie, co twoje nazwisko robi po prawej stronie — spytał w końcu Potter, z błyskiem Huncwota w oku.
Wszystkie głowy zwróciły się w kierunku Dumbledore’a, który uśmiechnął się wesoło.
— Obawiam się, że nie mam pojęcia — odparł. Kilka osób wyglądało, jakby powstrzymywały chichot. — Może Aberforth coś o tym wie? — Brat dyrektora burknął coś ze złością.
— A ja się obawiam, że będę musiał was obu poprosić o podwinięcie lewych rękawów — powiedział Potter, śmiertelnie poważnie, choć jego orzechowe oczy śmiały się z dawną wesołością.
Albus bez protestów pokazał wszystkim chude i blade przedramię, na którym nie było ani śladu Mrocznego Znaku. Z jego bratem było nieco więcej zachodu, jednak w końcu wszelkie wątpliwości zostały wyjaśnione. Lily musiała przyznać, że akurat ten żart był udany. Dumbledore śmierciożercą? W normalnych warunkach parsknęłaby śmiechem. Jednak Potter — taki Potter — w przedziwny sposób ją paraliżował.
— Czy to wszystko, James? — spytał wesoło Dumbledore.
— Prawie — odparł brunet, doprowadzając pergamin z nazwiskami do normalnego stanu za pomocą różdżki. Wyprostował się i spojrzał po kolei na każdego nowego członka Zakonu, dłużej zatrzymując wzrok na Lily. W końcu uśmiechnął się szeroko, zawołał wesoło: — Witajcie! — i opadł na krzesło.
— Frank, może teraz ty? — Dumbledore zwrócił się do mężczyzny siedzącego pośrodku stołu, który wcześniej wypowiedział się w sprawie wymawiania imienia Voldemorta.
Do Lily docierały tylko pojedyncze słowa, czasami zdania. „Działa w ukryciu…”, „nie wiedzą, że…”, „śmierciożercom się wydaje…”, „zagadkowe zniknięcia...”, „grupa ryzyka, przykładowo mugole i mugolacy…”
Po kilku minutach nieudanych prób skoncentrowania się na słowach blondyna, poddała się i pozwoliła myślom płynąć swobodnie, aż niechciane wspomnienia wdarły się do jej umysłu i otumaniły ją całkowicie. Ze zdumieniem stwierdziła, że nie siedzi już przy stole w ponurym zamczysku Moody’ego, ale rozgląda się w poszukiwaniu rodziców na peronie dziewięć i trzy czwarte.
Nie mogła uwierzyć, że to był już ostatni rok w Hogwarcie… Przyłapała się na tym, że w myślach prowadzi rozmowę z Severusem. Co on by powiedział? Co by zrobił? Gdyby tylko…
Gdyby skutecznie nie przekreślił ich przyjaźni. Poczuła się dużo bardziej samotna niż do tej pory. Wszystkie jej przyjaciółki już się z nią pożegnały; na peronie było coraz mniej ludzi.
A ona siedziała na ogromnym kufrze i spoglądała tęsknie w stronę barierki, starając się nie zwracać uwagi na widowisko, jakie odstawiali Black i Potter. Obejmowali się serdecznie, imitując płacz, jakby rozstawali się na całe życie. Prychnęła głośno. Dobrze wiedziała, że Syriusz mieszka w domu przyjaciela, więc za grosz nie rozumiała ich przedstawienia. Nie ona jednak była od rozumienia dziwactw Huncwotów.
Dopiero gdy zobaczyła uśmiechniętych rodziców, dziwny ciężar spadł jej serca. Nawet nie zwracała uwagi na spojrzenie Petunii, mówiące niezmiennie: „DZIWOLĄG!”
Otrząsnęła się z tego dziwnego stanu. Nie miała pojęcia dlaczego akurat to wspomnienie zawładnęło nią przez te kilka chwil. Prawda była taka, że w tym momencie czuła się bardzo podobnie jak wtedy. Ogarnęła ją pustka, przeraźliwie namacalna, wypełniona tą samą samotnością i poczuciem, że wszystko, w co wierzyła, powoli okazuje się jednym wielkim kłamstwem. Jedyną osobą, której mogła się zwierzyć był jej ojciec, który jednak nie do końca rozumiał świat czarodziejów, a ona nie chciała dodawać mu zmartwień. Dusiła więc w sobie wszystko i często wydawało jej się, że jest tykającą bombą zegarową, której wybuch jest tylko kwestią czasu. Nagromadzone uczucia i wspomnienia rozsadzały ją od środka. Gdzie byli jej przyjaciele, kiedy ich potrzebowała?
— Wszystko gra? — Usłyszała obok siebie zaniepokojony głos Pottera. Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.
— Jasne — odparła obojętnie. — Czemu miałoby nie grać? I co ciebie to obchodzi? — prychnęła ze złością.
James jednak nie dał się tak łatwo wyprowadzić w pole. Przez siedem lat w Hogwarcie nauczył się rozpoznawać jej nastroje. Wiedział o niej więcej, niż ona by tego chciała.
— Obchodzi mnie, Lily — powiedział cicho. — Myślałem, że o tym wiesz. Widzę, że coś cię gryzie.
— A niby skąd możesz to wiedzieć? — burknęła.
— Przez całe zebranie siedziałaś z oczami utkwionymi w ścianie.
Drgnęła lekko i rozejrzała się po salonie. Członkowie Zakonu zbierali się w małe grupki i rozmawiali wesoło między sobą. Przegapiła prawie całe spotkanie… Jęknęła w duchu.
— Co powiesz na mały spacer? — spytał nieśmiało James.
Utkwiła swoje zielone oczy w jego orzechowych tęczówkach, starając się wyczytać z nich coś… cokolwiek… Okazały się jednak dla niej zagadką.
— Spacer? — spytała. — Z tobą?
Wyraźnie się zdenerwował. Zacisnął usta i odetchnął głęboko.
— Przejrzyj w końcu na oczy! — zawołał. — Już nie jestem Potterem — idiotą, którego znałaś.
Narzucił na siebie płaszcz i wyszedł szybko z salonu. Skrzypnięcie drzwi wejściowych oznaczało, że jest już na drodze wysadzanej klonami. Po chwili wahania wybiegła za nim.
— Potter! — krzyknęła. — Nie zareagował. — Potter! — powtórzyła. Co ona robi? Co chce mu powiedzieć?
Machnął tylko ręką i deportował się.
komentarze [17]piątek, 11 kwietnia 2008 15:57:30
PrzysługaEm... Zły dzień, zła pogoda, zły humor. Na szczęście notkę miałam gotową już wczoraj, więc mogę dodać ją na złego MyLoga. I obiecuję, że następna będzie dłuższa.
***
Severus poderwał się gwałtownie z fotela, gdy ktoś głośno zapukał do drzwi. Przez chwilę miał nadzieję, że Lily wróciła, by go przeprosić i odnowić znajomość. Nie przyjmował do wiadomości, że mogłaby zniknąć z jego życia i że to ona miała rację. Kiedy otworzył drzwi domu przy Spinner’s End, jego nadzieja szybko wyparowała i rozpłynęła się w rześkim, jesiennym powietrzu.
— Black — mruknął, widząc stojącą w progu bladą kobietę, o włosach tak jasnych, że mieniły się srebrem.
— Snape — odparła Narcyza, mierząc go sceptycznie wzrokiem. — Wpuść mnie — zażądała.
Severus posłusznie odsunął się na bok i zamknął drzwi za blondynką, cały czas uważnie ją obserwując. Narcyza natomiast krytycznym okiem przyglądała się wystrojowi małego saloniku, porównując je zapewne z posiadłością, w której miała wkrótce zamieszkać. Skrzywiła się demonstracyjnie i usiadła na wyświechtanej kanapie, tuż przy kulawym stoliku. Spiorunowała wzrokiem imponującą kolekcję oprawionych w skórę ksiąg.
— Przysyła mnie Lucjusz — powiedziała.
— Zostałaś jego dziewczynką na posyłki? — zakpił Severus.
Narcyza posłała mu jedno ze swoich morderczych spojrzeń.
— Dobrze wiesz, że nie muszę tu być. Ale to tylko ze szkodą dla ciebie. Mam wyjść? — spytała obojętnie.
Severus nic nie odpowiedział, a tylko nieznacznie pokręcił głową i usiadł naprzeciwko niej w wyblakłym, zielonym fotelu, który w wielu miejscach miał przetartą tapicerkę. Blondynka uśmiechnęła się triumfalnie. Snape wiedział, że uważała się za lepszą od niego. Ona była czystej krwi i wkrótce wychodziła za Lucjusza Malfoya. On miał ojca mugolaka i mieszkał przy Spinner’s End.
— Czego chce ode mnie Lucjusz? — spytał chłodno.
— Och, to tylko drobna przysługa — powiedziała, przyglądając się z uwagą swoim paznokciom i starając się nie zwracać uwagi na panoszący się w domu zapach stęchlizny. — Lucjusz chce, byś został jego drużbą — wycedziła.
Severus poruszył śmiesznie głową, jakby przed chwilą dostał w twarz. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie tego.
— Co, proszę? — burknął.
— Też się zdziwiłam — odparła Narcyza, bawiąc się dla odmiany swoimi włosami. — Próbowałam mu to nawet wyperswadować, ale się uparł. Powiedział tylko, że… — urwała, a jej oczy błysnęły srebrem — że jesteś mu to winien. O co chodzi, Snape?
Severus uśmiechnął się drwiąco. A więc o to mu chodziło! Od samego początku wiedział, że nie mógł to być odruch czułości…
Wakacje po szóstym roku spędzał samotnie. Dni wlokły się niesamowicie, a wskazówki zegara sprawiały wrażenie, jakby się cofały. Choć to być może przyjąłby z wielką ulgą. Zwykle szwendał się po okolicy, mając nadzieję na spotkanie z Lily, a czasem leżał na podłodze w pokoju, patrząc tępo w sufit i próbując nie słyszeć wrzasków ojca na matkę. Czasami miał ochotę go zabić…
Dwudziesty sierpnia właściwie nie różnił się od innych dni tego lata. Jednak tym razem w pewnym sensie udało mu się osiągnąć cel. Od dłuższego czasu obserwował szesnastoletnią Evans, ukryty w krzakach, zupełnie jak dobrych kilka lat temu, kiedy się jeszcze nie znali. Tak jak wtedy, również teraz nie miał odwagi, by do niej podejść.
Lily siedziała na huśtawce, która poruszała się delikatnie w górę i w dół. Patrzyła w dal niewidzącym wzrokiem, z którego przebijał jednoznacznie smutek. Severus nie wiedział o czym myślała. Zgadywał jednak, że nie miała wielu powodów do radości…
— Kogo my tu mamy! — Usłyszał za sobą szyderczy głos Lucjusza Malfoya. Błyskawicznie odwrócił się, wyciągając z kieszeni różdżkę i celując w długowłosego mężczyznę. — Snape i ta brudna, mała szlama — ciągnął Malfoy, jakby nie zauważył gestu Severusa. — No, no… Trzeba ci przyznać, że masz gust. Szkoda tylko, że Evans ma szlam zamiast krwi.
Ręka Snape’a zadrżała, a jego oczy błysnęły gniewem. Jeszcze chwila, jeszcze tylko chwila i wybuchnie…
Lucjusz najwyraźniej to dostrzegł, bo również wykonał ruch w kierunku różdżki.
— Nie dasz sobie z nią spokoju? — spytał, spuszczając nieco z tonu. — To beznadziejna sprawa.
— Tak ja ty i Narcyza? — spytał chłodno Snape, a w jego czarnych oczach pojawiła się satysfakcja. Malfoy wyraźnie się zmieszał.
— Cyzia to moja sprawa. Wiem, że mnie kocha…
— I dlatego kokietuje każdego mężczyznę, który się jej nawinie? — spytał Snape, z zimnym wyrachowaniem. Lucjusz wyciągnął z furią różdżkę i wycelował ją w Severusa. Przez dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniami, trzymając broń w pogotowiu.
— Ożenię się z nią — wysyczał Malfoy przez zaciśnięte zęby. — A na dowód tego, zrobię z ciebie drużbę.
Snape roześmiał się chłodno, szaleńczym śmiechem niedowierzania.
— Więc? — głos Narcyzy sprowadził go na ziemię. — Co to wszystko ma znaczyć?
Patrzyła na niego wyczekująco, a on miał ochotę roześmiać się jej w twarz.
— Powiedz Lucjuszowi, że chętnie popatrzę jak robi z siebie durnia na oczach ludzi.
Narcyza błyskawicznie zerwała się z krzesła, wymierzyła Severusowi policzek i wybiegła z jego domu, trzaskając głośno drzwiami. Snape roześmiał się z satysfakcją, nie zważając na pulsujący ból.
komentarze [5]sobota, 29 marca 2008 16:30:01
DekalogCzęść dużo dłuższa niż ostatnio. Mam nadzieję, że się Wam spodoba:)
Dodałam muzykę, a jeśli ktoś ma ochotę poczytać coś mojego wcześniejszego - umieściłam linki do moich wcześniejszych opowiadań pod "To tylko wspomnienia".
Pozdrawiam serdecznie.
***
James wszedł do dużego, ładnego domu w Dolinie Godryka. Zdjął płaszcz i powiesił go na wieszaku w przedpokoju. Powitała go głucha cisza, do której jeszcze nie zdążył przywyknąć. Może dlatego że zwykle wracał z Syriuszem, który wciąż nie decydował się na powrót do domu, którego nienawidził.
Musiał w końcu spojrzeć prawdzie w oczy – został sam. To bardzo wyraźnie na niego wpłynęło.
Matka zmarła kilka miesięcy temu. Znaleźli ją w domu, w sypialni, leżącą na podłodze z różdżką w ręku. Próbowali wmówić mu i ojcu, że popełniła samobójstwo. Podobno ostatnim zaklęciem, którego użyła, była Avada Kedavra. James jednak nie uwierzył w ani jedno ich słowo. Jego matka była zadowoloną z życia kobietą. Dlaczego miałaby odbierać sobie życie? Poza tym, pokój po ich przyjściu wyglądał jakby ktoś go w pośpiechu uporządkował. Brakowało ukochanego wazonu jego matki, a na podłodze znaleźli pył, który był najprawdopodobniej rozkruszonym szkłem. Coś było nie tak. Wiedział o tym on, wiedział Syriusz, który nie powiedział nic w stylu: „A nie mówiłem?” i wiedział również ojciec Jamesa, który zaczął marnieć w oczach. Macki Voldemorta, oplatające powoli świat, dotarły również do Doliny Godryka.
Ojciec zmarł pół roku po matce. Magomedycy usiłowali wmówić młodemu Potterowi, że serce nie wytrzymało. I wiedział, że tym razem mieli rację. Wyrywało się do ukochanej żony. Wydarzenia te wiele zmieniły w życiu Jamesa. Nagle spoważniał. Do tej pory wydawało mu się, że jest poza tym wszystkim, że jest niezniszczalny. Nie rozumiał ludzi, którzy brali życie zbyt serio, a nawet – było mu ich żal. Teraz już rozumiał, że nikt nie jest wolny od zagrożenia – nawet on.
Stanął na środku swojego pustego pokoju i westchnął ciężko, opadając na brązowy dywan, kładąc się na nim i gapiąc w sufit.
Wszystko przypominało mu minione i beztroskie czasy. Drewniane szafy zapełnione najróżniejszymi przedmiotami pomocnymi w płataniu figli, napis na ścianie niezmywalnym atramentem, który głosił dziesięć przykazań Huncwotów… Uśmiechnął się na wspomnienie wszystkich postanowień tego swoistego dekalogu.
Była wtedy już późna jesień. Wiatr poruszał zawzięcie gałęziami wierzby bijącej, która próbowała walczyć z niewidzialnym przeciwnikiem, jednak bezskutecznie.
Mieli wtedy jeszcze po jedenaście lat i myśleli, że zawojują świat. Znali już chyba z połowę ukrytych pomieszczeń Hogwartu; większość z nich odkryli podczas nocnych wojaży pod peleryną niewidką lub ucieczek przed woźnym i jego kotką. Pani Norris była zmorą czwórki chłopców i przy każdej okazji usiłowali jej w ten czy inny sposób dokuczyć.
Właśnie wrócili z nocnej wycieczki do Zakazanego Lasu. Kiedy odrzucili na bok pelerynę niewidkę w pokoju wspólnym Gryffindoru, James i Syriusz rzucili się ze śmiechem na kanapy, Peter skulił się w sobie i trzęsąc się – z zimna lub ze strachu – osunął się na podłogę przy portrecie Grubej Damy. Remus uśmiechał się delikatnie, za wszelką cenę starając się wyglądać poważnie i groźnie zarazem, co w rezultacie dało raczej komiczny rezultat.
- Mogli nam coś zrobić – burknął bez przekonania, ze śladami wesołości w głosie, które próbował zagłuszy nagłym atakiem kaszlu.
- Daj spokój, Luniaczku! – zawołał Syriusz, w przerwie między kolejnymi wybuchami śmiechu. – Nie widzieli nas!
- Ale mogli wyczuć! – bronił się Remus.
- Teraz tak mówisz – powiedział wesoło James. – A jeszcze przed chwilą sam dźgałeś centaury gałęziami.
Z braku argumentów, Remus wzruszył ramionami i usiadł w fotelu, wpatrując się w ogień płonący wciąż w kominku. Syriusz i James tłumili chichot, który cichł na moment, by wybuchnąć z nową siłą, gdy na siebie spojrzeli. W pewnym momencie usłyszeli jęk Petera, który zaczął trząść się jeszcze bardziej.
- Nie bądź baba, Pettigrew! – syknął Syriusz, na co blondyn podskoczył i obił sobie przy tym boleśnie pośladki. – Czasami wydaje mi się, że zbyt pochopnie dobieramy sobie Huncwotów – westchnął Black, którego Peter zawsze troszeczkę się bał.
- Ustalmy zasady! – zawołał James z błyskiem w orzechowych oczach. – No wiecie, takie dziesięć przykazań Huncwotów!
Syriusz zaraz zapalił się do tego pomysłu i nawet oczy Remusa rozbłysły zaciekawieniem. Tylko Peter nie podzielał ich entuzjazmu. Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi. James pobiegł do dormitorium po pergamin i pióro, po czym rozłożył pierwszą rolkę na stoliku i spojrzał wyczekująco na Syriusza, a później na Remusa.
- Napisz tytuł – powiedział ten ostatni, który nawet nie udawał, że ten pomysł wcale mu się nie podoba. – Na przykład… „Dekalog Huncwotów”.
Potter posłusznie zanotował z taką energią, że zrobił kleksa już na samym początku. Lupin machnął niecierpliwie różdżką i usunął plamę.
- Pierwsze: - rzucił Black – nie będziesz psocił na własną rękę!
- Drugie: nie wyjawisz tajemnic Huncwotów nawet pod groźbą śmierci – dodał Remus.
- Trzecie: - zaczął Syriusz, patrząc przy tym na Lupina. – Będziesz święcił dni wolne od nauki.
Remus skrzywił się co prawda, ale spytał tylko:
- W jaki sposób?
- Po huncwocku! – wykrzyknęli razem Potter i Black, po czym wszyscy trzej się roześmiali.
- Czwarte? – zaczął pytająco James, stawiając kropkę przy trzecim „przykazaniu”.
- Czcij dyrektora swego! – zawołał natychmiast Syriusz.
Potter zobaczył oczyma wyobraźni Dumbledore’a siedzącego na tronie, w koronie wysadzanej diamentami, a u jego stóp siebie i Blacka, bijących dyrektorowi pokłony, niczym muzułmanie Allahowi. Postanowił, że później podzieli się tym z przyjacielem.
- Piąte: torturuj, ale nie zabijaj – powiedział zamiast tego i znowu się roześmiali.
- Szóste: - zaczął znacząco Remus – nie odbieraj Jamesowi Evans!
Potter w pierwszej chwili udał obrażonego, po czym jednak ze zdwojoną energią zanotował to „przykazanie”. Lupin został natomiast z uznaniem poklepany po plecach przez Blacka.
- Siódme: - kontynuował Remus, z tajemniczym błyskiem w oku – nie przywłaszczaj sobie cudzych prac domowych.
Tak jak przypuszczał, Syriusz i James od razu zaczęli protestować.
- Żartowałem! – rzucił wesoło. – Zmień prace domowe na psoty.
Dużo bardziej usatysfakcjonowany Potter, pospiesznie zapisał słowa przyjaciela.
- Jeszcze trzy – dodał.
- Ósme: - odezwał się niepewnie milczący dotąd Peter – nie będziesz psocił Huncwotowi innemu.
- Dziewiąte: nie pożądaj urody i inteligencji innego Huncwota – powiedział Syriusz, uśmiechając się szarmancko i zarzucając kruczoczarnymi włosami.
- Dziesiąte… - zaczął James.
- Ani żadnej rzeczy, która jego jest! – krzyknęli chórem i wybuchnęli śmiechem.
Westchnął ciężko. Wydawało mu się, że minęło już całe stulecie od tamtego czasu. Że on zestarzał się wyjątkowo szybko i jeśli nie było tego widać na zewnątrz, to wewnątrz niego coś się z całą pewnością zmieniło. Wpadł w dziwny letarg i nie potrafił się z niego wybudzić. Czuł, że jego serce zaczyna umierać, że zaczyna tracić wiarę w cokolwiek.
I wtedy właśnie pojawiła się ONA. Myślał, że o niej zapomniał, że uczucie do niej umierało dzień po dniu. Szczególnie od kiedy…
Kolejne wspomnienie ugodziło go z podwójną mocą, przekonując go, że jednak potrafi jeszcze czuć. Przeszyło go na wskroś, raniąc boleśnie serce. Tak się zdziwił, że jeszcze je ma, że odruchowo złapał się za lewą pierś. Czyżby ją jeszcze kochał? Pomimo tego co mu zrobiła?
Remus zakrztusił się sokiem dyniowym, który właśnie pił. Cała szkoła zebrała się w Wielkiej Sali, aby uczcić zakończenie roku szkolnego. Dla Huncwotów i wielu innych był to ostatni rok nauki w Hogwarcie. Ubrani w szaty wyjściowe zasiadali do finałowej uczty.
- Co takiego? – spytał Lupin, kaszląc silnie. Black poklepał go po plecach, równie zdumiony jak przyjaciel.
- Oświadczę jej się – powtórzył spokojnie James.
- Zwariowałeś? – zawołał Syriusz, trochę za głośno. Kilku uczniów odwróciło w ich kierunku głowy. – Masz gorączkę? – spytał dużo ciszej, przykładając dłoń do jego czoła. James odrzucił ją z prychnięciem.
- Teraz albo nigdy, prawda? – mruknął i zanim zdumieni przyjaciele zdążyli w jakikolwiek sposób zareagować, wstał z miejsca i przemaszerował przez cały stół Gryffindoru, by znaleźć się tuż obok Lily.
Dopiero po chwili zauważył, że w Wielkiej Sali zapadła cisza, a większość uczniów patrzy na niego wyczekująco. Jego potyczki z Evans zawsze wzbudzały zainteresowanie. Nawet nauczyciele oderwali się od prowadzonych półgłosem rozmów. A najintensywniej przyglądał im się Snape…
James zmieszał się lekko, ale nie porzucił swojego zamiaru. Na to było już za późno, bo Lily również go zauważyła. Nie kryła swojego niezadowolenia. Na jej twarzy niechęć mieszała się ze zniecierpliwieniem i zrezygnowaniem. Potter zmierzwił nerwowo włosy.
- Hej! – zaczął niepewnie i nagle przyklęknął na jedno kolano tak gwałtownie, że prawie stracił równowagę.
- Coś ty znowu wymyślił? – spytała Lily, stukając nerwowo palcami w blat stołu.
- A na co to wygląda? – spytał James, wyciągając z kieszeni czerwone pudełeczko w kształcie serca.
Lily nagle zrobiło się słabo. Wstała, ale prawie natychmiast znowu usiadła, jednocześnie zmieszana i rozzłoszczona.
- Wyjdziesz za mnie? – spytał cicho James. Twarz Evans była wtedy prawie tak czerwona jak jej włosy.
Ktoś wstał demonstracyjnie od stołu Slytherinu i wyszedł z Wielkiej Sali. Lily przez chwilę śledziła jego ruchy, po czym jej wzrok spoczął znowu na Potterze, patrzącym na nią wyczekująco.
- Ty myślisz, że tobie wszystko wolno, co Potter? – spytała cicho. – Że po siedmiu latach głupich żartów, okrzyków „Evans, umów się ze mną!”, ciągnięcia za włosy, wydziwiania z eliksirami miłosnymi i co tylko jeszcze, ja po prostu powiem „tak” i rzucę ci się na szyję? – Mimo że prawie szeptała, w każdym zakątku Wielkiej Sali było ją doskonale słychać. – Otóż nie, Jamesie Potterze! A jeśli tak właśnie myślałeś, to jesteś większym egoistą niż mi się zdawało!
Ponownie wstała z miejsca i wymaszerowała szybko z Wielkiej Sali, odwracając się w połowie drogi, by powiedzieć: „Wstań już z tych klęczek. Zabrudzisz sobie szatę.”
Poruszenie jakie nastąpiło po jej wyjściu porównywalne było z atmosferą panującą w sali przed każdym meczem quidditcha. James później już sam nie wiedział co było gorsze: litościwe poklepywania po plecach czy ciche chichoty.
W końcu poczuł jak coś unosi go z klęczek i siłą wyciąga z Wielkiej Sali. Oprzytomniał dopiero w Sali Wejściowej. Dostrzegł Syriusza i Remusa, patrzących na niego wyczekująco.
- Chcę się upić! – wychrypiał.
Patrząc na to z perspektywy lat, sam był sobie winien. Upokorzyła go przed całą szkołą, bo jej na to pozwolił, dał powód. Mógł przecież oświadczyć się na osobności. Ale on, James Potter, chciał, by cały Hogwartu obserwował jego ostatni szkolny triumf. W rezultacie był świadkiem druzgocącej porażki. A Lily miała rację. Był egoistą i zdziecinniałym kretynem. Ale już nie jest…
komentarze [14]czwartek, 20 marca 2008 12:55:01
Struganie idiotyEDIT z 23.03. :
WESOŁEGO JAJKA!!!:)
SKACZĄCYCH PISANEK
NIESFORNYCH BARANKÓW
KOLOROWYCH ŻONKILI
I TULI - PANÓW:D
Nieco szybciej, nie do końca dłużej...
Rudowłosa kobieta o niesamowicie zielonych oczach otuliła się silniej żółto – czerwonym szalem, który miała z czasów Hogwartu, a którym teraz bawił się wiatr. Zdawała się jednak tego nie zauważać, zatopiona we własnych myślach. Zawsze uważała, że spotkanie z Potterem to rzecz mało przyjemna i równie mało konieczna. A tymczasem natknęła się na niego w miejscu i czasie najbardziej niespodziewanym. James Potter, jeden z Huncwotów, na spotkaniu Zakonu Feniksa? To było tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne. Doskonale pamiętała jak podchodził do tego w szkole…
Szła z Mary korytarzem na czwartym piętrze. Nie pamiętała już nawet dokąd zmierzały. W pewnej chwili usłyszały głos Pottera, który głośno wybuchnął śmiechem. Wkrótce dołączył do niego Black, co brzmiało trochę jak szczekanie psa. Lily złapała Mary za rękę i przyciągnęła do ściany. Wolno podeszła do załomu korytarza.
- Co robisz? – spytała szeptem zdumiona Mary.
- Cii… - odparła Lily, przykładając palec do ust. – Potter coś kombinuje, a ja mam zamiar go nakryć.
- Myślałam, że dałaś sobie z tym spokój – powiedziała z wyrzutem jej towarzyszka.
- Potterowi nie odpuszczam.
Mary tylko westchnęła cicho, ale nic nie powiedziała. Dobrze wiedziała, że jak Evans się uprze, to nie odpuści, a jakiekolwiek protesty to marnotrawstwo cennego czasu. Lily wyjrzała ostrożnie zza rogu.
- Jak tam Evans, Rogasiu? – spytał Black, uśmiechając się przymilnie. Jamesowi natychmiast zrzedła mina.
- A skąd mam wiedzieć? – burknął.
- W końcu to twoja dziewczyna i przyszła żona – odparł Syriusz, przewracając śmiesznie oczami. - Sam nam mówiłeś, że jak będziecie mieli syna, to nazwiecie go Harry, a jak córkę…
- Łapo! – wrzasnął James. – Ona mnie nie chce!
- A co to za problem? – spytał Syriusz, przyglądając się z uwagą swoim paznokciom.
- Wiesz, ja jednak widzę tu pewien problem – odezwał się milczący dotąd Remus, składając „Proroka Codziennego”. Siedział na parapecie i przysłuchiwał się sprzeczce przyjaciół. – By stworzyć parę potrzeba dwóch osób. Dwóch, Łapo, dwóch!
- Ja tam wolę trójkąty… - szepnął Syriusz do Jamesa i obaj zaczęli się śmiać. Lupin wzruszył ramionami w geście „nie, to nie!” i ponownie rozłożył gazetę.
- Myślisz, że mam jakieś szanse? – spytał z nadzieją James. Lily prychnęła z niedowierzaniem.
- Taki pożeracz serc jak ty?! – zawołał Syriusz, co wyraźnie poprawiło Potterowi nastrój. Prawie natychmiast jednak mina znowu mu zrzedła.
- Ona uważa mnie za idiotę – burknął.
- I ma rację – odezwał się cicho Lupin, przewracając stronę gazety. James spojrzał na niego zaskoczony.
- I ty, Luniaczku, przeciwko mnie? – zawołał żałośnie.
- Sam jesteś sobie winien! – bronił się Remus. – Struganie idioty nie robi na niej żadnego wrażenia.
- Co ciekawego jest w tej gazecie? – spytał James, za wszelką cenę próbując zmienić temat.
- Kolejne zaginięcia – oświadczył Lupin grobowym głosem.
- Myślicie, że to sprawka Voldemorta? – zainteresował się nagle Syriusz, którego rodzina miała wiele wspólnego z czarną magią.
- Ja tam uważam, że to jakaś ściema – oświadczył wesoło James. – Jeden czarodziej miałby mieć aż taką siłę, by siać spustoszenie w naszym świecie? To pewnie jakiś czubek.
- A te wszystkie zaginięcia? – spytał z niedowierzaniem Remus.
- Ludzie robią głupie rzeczy, by zostać zauważonymi – odparł, wzruszając ramionami.
I Syriusz, i Remus pokręcili głowami.
- Zobaczysz jak to będzie, kiedy to zacznie dotyczyć twojej rodziny – mruknął Black, na tyle cicho, by przyjaciel go nie usłyszał, a przynajmniej mógł udać, że nie słyszał.
- Gdzie Glizdogon? – spytał James. - Mam ochotę być podziwianym.
- Ty naprawdę jesteś idiotą, Jamesie Potterze! – zawołał z prawdziwym zdumieniem Lupin.
- Peter często ostatnio gdzieś znika, prawda? – zauważył Potter.
Lily jeszcze nigdy wcześniej nie widziała, by przyjaciele się poróżnili, a tym bardziej o coś tak ważnego. Szacunek, który od zawsze miała do Lupina, po tym zdarzeniu jeszcze się powiększył. I choć nie miała pojęcia dlaczego przyjaźnił się z Potterem i Blackiem, ceniła sobie jego inteligencję i wartości, którymi się kierował w życiu. Dość szybko – głównie za sprawą Severusa – odkryła, że jest wilkołakiem. I to pozwoliło jej spojrzeć na niego dużo życzliwiej.
Black również zyskał nieco w jej oczach. Akcje Pottera natomiast – o ile to było w ogóle możliwe – poleciały jeszcze bardziej w dół.
A tymczasem on bezczelnie pojawia się na spotkaniu Zakonu Feniksa, zasiewając w niej ziarno niepokoju. Albo zgrywał bohatera, albo coś się musiało stać. Z tonu jego głosu wnioskowała, że chyba jednak zmądrzał i zrozumiał o jaką stawkę toczy się gra. Nie była tylko pewna czy ona sama to wie…
komentarze [11]niedziela, 9 marca 2008 15:54:05
Spotkanie po latachObiecałam zmianę szablonu i oto jest!:) Nie jestem pewna, czy to będzie już ostateczna wersja, ale i tak uważam, że jest o niebo lepiej. Nieźle się musiałam naszukać odpowiedniej grafiki. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.:)
***
Drzwi otworzyły się choć nikt za nimi nie stał. Lily weszła niepewnie do środka. Wewnątrz dom również przypominał zamek. Kamienne ściany pokryte były portretami czarodziejów, patrzących na nią podejrzliwie i szepcących coś między sobą. W korytarzu panował półmrok, rozświetlany przez świece. Lily postawiła parę niepewnych kroków i napotkała niewidzialną zaporę. Cofnęła się, jednak i tu coś powstrzymywało ją od postawienia kolejnego kroku. Dźwięk podobny do mugolskiego alarmu zaczął wibrować w jej uszach, odbijając się echem po całym domu. Po chwili przyczłapał do niej jakiś człowiek. Lily odskoczyła z przerażeniem i pewnie rzuciłaby się do ucieczki, gdyby tylko miała dokąd.
Mężczyzna nie był już na pewno pierwszej młodości. Świadczyły o tym choćby pasemka siwizny w długich, czarnych włosach, jak i wyraźne zmarszczki, mieszające się z bliznami na twarzy nieznajomego. Oczy miał ciemne i błyszczące, patrzące groźnie w jej kierunku.
- Kim jesteś i czego tu chcesz? – warknął.
- L… Lily Evans… - wyjąkała przerażona dziewczyna, mając nadzieję, że nie jest na liście nieproszonych gości. – Ja do Zakonu.
Mężczyzna drgnął ledwo zauważalnie.
- Skąd wiesz o Zakonie?
- Od Dumbledore’a – odparła, odzyskując powoli pewność siebie i przypominając sobie o swojej niemal buntowniczej naturze.
- Od Dumbledore’a, mówisz? Zaraz się przekonamy…
Zniknął w głębi korytarza. Kiedy Lily otrząsnęła się już z początkowego szoku, zaczęła swoim zwyczajem uważnie badać zaklęcie, które ją zatrzymało. Na pewno była to magia wyższego kalibru. Czynność ta została przerwana przez nagłe pojawienie się dwójki mężczyzn. Jednym z nich był ten, którego wcześniej przestraszyła się Lily, a drugim był niewątpliwie Albus Dumbledore.
- Panna Evans! – zawołał z wesołym błyskiem w błękitnych oczach, klaszcząc w dłonie.
- Dyrektorze… - Skinęła głową na powitanie.
- Przyszła pani! Zapraszamy, prosimy do środka!
- Chciałabym. Niestety to zaklęcie mi na to nie pozwala – zauważyła z uśmiechem Lily.
- Ach, racja. – Dumbledore również się uśmiechnął. – A może pobawimy się w zgadywanki? – zaproponował.
- Zaklęcie Ściany – odparła zdecydowanie Lily. – Podwójne. Z małą pomocą Zaklęcia Kameleona i jakiegoś wykrywacza. Bardzo sprytne, muszę przyznać.
- Jak zwykle doskonale – ucieszył się Dumbledore, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Alastorze, czy mógłbyś…?
Drugi czarodziej, dużo niższy od dyrektora Hogwartu, machnął różdżką, mrucząc coś pod nosem. Zaklęcie przestało działać i Lily podążyła za mężczyznami w głąb korytarza. Weszli po schodach i skierowali się do dużego pokoju, przypominającego komnatę. Na jej środku stał długi, owalny stół, wokół którego ustawiono krzesła. Większość z nich była zajęta. Posępne wrażenie łagodził nieco ogień płonący wesoło w kominku i rozświetlający salę jasnym blaskiem, a przy tym będący źródłem przyjemnego ciepła.
- Panno Evans… - powiedział Dumbledore, wskazując w kierunku stołu.
Nie rozglądając się wokoło, usiadła na pierwszym wolnym krześle. Nie dostrzegła ukradkowego uśmiechu Dumbledore’a. Gdyby go zauważyła, prawdopodobnie uważniej przyjrzałaby się zebranym, po czym, z całą pewnością, przesiadła.
James Potter był wystarczająco zdumiony nagłym pojawieniem się Lily w komnacie. Fakt, że usiadła obok niego, całkowicie odebrał mu mowę, co raczej nie było u niego typowe. Nie widział jej od roku. Nie rozmawiał od kilku następnych, a raczej nie pokrzykiwał za nią, bo na normalną rozmowę nigdy nie mieli szans. Cały czas ciągnął się za nimi cień Snape’a. Pamiętał dzień, w którym pierwszy raz go zaatakował.
Przechadzał się z przyjaciółmi korytarzami Hogwartu. Byli wtedy na pierwszym, może już na drugim roku. Remus jak zwykle szedł z nosem w książce, by nie widzieć psot Jamesa i Syriusza. Zbliżała się pełnia i wyglądał mizernie. James właśnie próbował wywołać krwotok z nosa Syriusza, co temu ostatniemu wcale nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie: obaj uważali to za świetną zabawę. Peter gapił się na nich z rozdziawionymi ustami.
Wtedy wpadli na Lily i Severusa, stojących obok drzwi do biblioteki i śmiejących się z czegoś wesoło. Już samo to wystarczyłoby, by Potter się wściekł. Jego Lily nie miała prawa przyjaźnić się ze szkolnym ofermą, nie miała prawa się z nim śmiać. Już pierwszego dnia w pociągu, kiedy przyglądał jej się ukradkiem zanim Snape wparował do przedziału, postanowił, że zostanie jego żoną. Nie mógł znieść widoku dziewczyny z kimkolwiek innym. A fakt, że tym kimś był Smarkerus, denerwował go podwójnie. James Potter nie mógł być gorszy od Severusa Snape’a!
Zatrzymał się. Remus wpadł na niego i obaj prawie się przewrócili. W tym momencie zadzwonił dzwonek na kolejną lekcję. Lily wzruszyła ramionami, cmoknęła Snape’a w policzek i pobiegła na zaklęcia.
James aż się zagotował ze złości. Podbiegł do Severusa, trzymającego się za policzek i podążającego wzrokiem za rudowłosą.
- Smarkerus! – zawołał James. – Szkolna oferma!
Black szybko zwietrzył okazję do psot i błyskawicznie stanął za kolegą. Obaj wyciągnęli różdżki. Snape również próbował, ale oni byli szybsi.
- Expelliarmus! – wrzasnęli razem. Jako szkolni psotnicy znali wiele pożytecznych zaklęć.
Siła uderzenia odrzuciła Snape’a do tyłu. Różdżka wypadła mu z ręki i trafiła Petera w głowę. Chłopak nerwowo schylił się, by ją podnieść i oddał ją Jamesowi, z niemal nabożną czcią.
- Umyj włosy, Smarkerusie! – krzyknął Syriusz i skinął na Pottera.
- Aguamenti! – wrzasnął James.
Strumień wody wystrzelił z jego różdżki i ugodził Snape’a w twarz. Brunet przygotowywał się do rzucenia kolejnego zaklęcia, kiedy…
- STOP!
Rozejrzał się wokoło. Naprzeciwko niego stała Lily i powoli się do niego zbliżała. Jej włosy zdawały się unosić, oczy rzucały gromy w stronę Pottera.
- Zostaw go natychmiast! – krzyknęła.
Ręka Jamesa powędrowała odruchowo do włosów, a na twarzy pojawił się jeden z jego najbardziej uwodzicielskich uśmiechów.
- Głuchy jesteś? – krzyczała dalej Lily, nieczuła na jego wybiegi. – Zostaw go!
- Evans, od kiedy jesteś obrońcą nieudaczników? – odkrzyknął.
- Od kiedy twój mózg kompletnie wyparował! – odgryzła się. – Zostaw go natychmiast!
- To się ze mną umów – zawołał, zadowolony z siebie.
- Nie umówię się z tobą nawet kiedy reszta mężczyzn wyginie w globalnej katastrofie! Zostaw go!
- Nie zmuszaj mnie, bym zrobił ci krzywdę – powiedział z pobłażliwym uśmiechem, wciąż celując strumieniem wody w rozbrojonego Snape’a.
- Spróbuj! – odparła wojowniczo Lily, wyjmując różdżkę.
Przez chwilę mierzyli się wściekłymi spojrzeniami. James westchnął i cofnął zaklęcie. Lily podbiegła do Severusa i pomogła mu wstać. Ten bardzo niechętnie przyjął jej pomoc. Odeszli razem w głąb korytarza.
- Jesteś idiotą, Jamesie Potterze! – zawołała jeszcze rudowłosa. – Jesteś tylko pospolitym idiotą!
Teraz, po wielu latach, wiedział, że popełnił wtedy wielki błąd. Wtedy i za każdym razem kiedy atakował Snape’a. Stopniowo zniechęcał do siebie Lily. Zupełnie niepotrzebnie. W końcu Snape sam przekreślił jakiekolwiek szanse u dziewczyny, zostając śmierciożercą. A on także stracił swoje przez głupią zazdrość.
A teraz ona, jakby nigdy nic, usiadła obok niego i wszystko w nim odżyło.
Syriusz trącił go łokciem i spojrzał znacząco na niego, a później na rudowłosą. James postanowił spróbować jeszcze raz. Już w trakcie zebrania szturchnął ją delikatnie.
- Hej, Evans! – szepnął jej do ucha.
Aż podskoczyła na krześle. Spojrzała na niego i skrzywiła się.
- Potter… - praktycznie wypluła to słowo. – Ty tutaj?
- Jak widać – odparł, szczęśliwy, że od razu nie uciekła. – Zdziwiona?
- Owszem – powiedziała chłodno i nie odezwała się do niego do końca zebrania. Już stracił nadzieję, kiedy zdecydowała się jednak przerwać milczenie. Członkowie Zakonu Feniksa już zbierali się do wyjścia.
- Co taki żartowniś jak ty robi w takiej organizacji? – spytała z wyraźną nutką ironii w głosie.
- Hogwart to co innego – odparł z powagą. – Kiedy chodzi o Voldemorta, kończą się żarty.
Wstał razem z innymi, zostawiając Lily w stanie kompletnego zaskoczenia.
komentarze [11]wtorek, 19 lutego 2008 21:15:06
Spinner's End Nagły podmuch wiatru zatańczył w koronach przydrożnych drzew. Jesień już dawno ufarbowała ich liście na złoto i szkarłat. Barwy Gryffindoru, pomyślała bezwiednie rudowłosa dziewczyna o niesamowicie zielonych oczach.
Szła niepewnie drogą w kierunku okazałego, kamiennego domu, przypominającego nieco średniowieczną fortecę. Dla mugoli były to zwykłe ruiny, jednak ona do mugoli nie należała. Była czarownicą.
Odkąd Lily Evans ukończyła Hogwart, minął rok. Jeden długi rok, szczególnie dla jej świata. Czarodziej nazywający sam siebie Lordem Voldemortem rozpoczął swoją mroczną działalność. Lily wiedziała o tym aż za dużo, a to za sprawą Severusa Snape’a – człowieka, którego przez dłuższy czas uważała za przyjaciela i wstawiała się za nim kiedy tylko mogła. Westchnęła ciężko. Doskonale pamiętała ich ostatnią rozmowę.
Szła zdecydowanym krokiem ulicą Spinner’s End. Wiedziała, że nie będzie to miła wizyta i mimo całego jej uporu, im bliżej była celu, tym więcej wątpliwości się w niej rodziło. Zapukała mocno w ciężkie, drewniane drzwi. Nie minęło nawet kilka sekund, a stanęła naprzeciwko Severusa. Przyjrzała mu się uważnie. Wyglądał dokładnie tak jak go zapamiętała. Blada, ziemista cera, czarne, przetłuszczone włosy opadające na twarz, haczykowaty nos i czarne oczy, wpatrujące się w nią ze zdziwieniem i wyraźnym wahaniem. Mimo tego, miała przeczucie, że coś się w nim zmieniło.
- Lily Evans! – powiedział Snape, mierząc ją wzrokiem. – Czemu zawdzięczam…
- Już nie jestem małą, brudną szlamą? – przerwała mu oschle. Wyraźnie się zmieszał. Takiego Snape’a znała chyba tylko ona. – Mogę wejść?
Rozejrzał się nerwowo po okolicy i w milczeniu przepuścił ją w drzwiach, i zaprowadził do salonu. Bez pytania usiadła na kanapie.
- Po co przyszłaś? – spytał, starając się, by zabrzmiało to obojętnie.
Lily przez dłuższą chwilę patrzyła w tak dobrze znane czarne oczy. Przez chwilę wydawało jej się, że są znowu parą dziesięciolatków, z niecierpliwością wyczekujących wyjazdu do Hogwartu. Smutna prawda jednak z szybkością błyskawicy zburzyła szczęśliwe wspomnienia. Nagle, te czarne oczy wydały jej się niesamowicie obce.
- Będziemy tak milczeć cały dzień? – spytał zniecierpliwiony Snape.
Postanowiła przejść od razu do sedna.
- Sev… - Drgnął. Od dawna nikt go tak nie nazywał. – Sev, zostaw to. To co robisz… to jest złe…
- Nawet nie zaczynaj – przerwał jej Severus. – Nie będę wysłuchiwał żałosnych wynurzeń kogoś, kto nie ma zielonego pojęcia o…
- Żałosnych wynurzeń?! – Tym razem to ona jemu przerwała. Była wściekła. – Severus, to ty jesteś żałosny, jeśli myślisz…
- Wystarczy!
Przez chwilę patrzyli na siebie z furią. Każde z nich chciało za wszelką cenę bronić swoich racji.
- Nie wiesz nic o Czarnym Panu – wyszeptał Snape.
- Wiem wystarczająco dużo – odparła Lily. – Tak jak i o śmierciożercach, do których należysz. Pewnie masz też ten potworny tatuaż! – Podniosła się z miejsca. Snape nerwowo przygładził lewy rękaw, jakby się bał, że dziewczyna siłą mu go podwinie. Nie zrobiła tego jednak. – Zabijacie mugoli i szlamy dla zabawy, czyż nie?
- Chcemy oczyścić… - zaczął Severus.
- To oczyszczajcie. Możesz zacząć ode mnie.
Snape wyraźnie się zmieszał. Myśl, że mógłby zabić Lily Evans wydawała mu się absurdalna, a nawet śmieszna… Myśl, że mogłaby być martwa, napawała go wściekłością.
- Ty to co innego – powiedział, jakby to było oczywiste.
- Och, czyżby? A niby pod jakim względem?! Myślisz, że inni pożałują śmiertelnej klątwy na małą, brudną szlamę?!
- To ich poproszę…
- I nie masz nic przeciwko temu, by inni zginęli jeśli tylko mnie oszczędzą? Myślisz, że to zrobią?
- Cóż… Tak – przyznał obojętnie Snape.
Lily przez chwilę tylko głęboko oddychała. Jej pierś falowała szybko, na policzki wystąpiły rumieńce. Severus napawał się jej widokiem.
- Sev, jesteś nie tylko odrażający, ale i naiwny! – Drgnął nieznacznie, a w jego oczach pojawiły się ogniki złości. – Krótkie pytanie: Zostajesz z Voldemortem, czy idziesz ze mną?
- Nie wymawiaj jego…
- Odpowiedz!
Długo patrzyli na siebie w milczeniu.
- Zostaję – odparł.
Lily jakby skurczyła się w sobie.
- Świetnie. Więc oficjalnie przestajemy być przyjaciółmi, Severusie. Od teraz jesteśmy wrogami.
Wybiegła z domu przy Spinner’s End, trzaskając głośno drzwiami i nie oglądając się za siebie. Nie płakała, choć coś utkwiło jej w gardle. Po drodze minęła jakąś postać, którą – przysięgłaby – widziała kiedyś w Hogwarcie.
Severus nie od razu zdał sobie sprawę z tego co zaszło. Dopiero po kilku dniach zrozumiał, że właśnie stracił jedyną osobę, której na nim zależało. Jedyną, na której zależało jemu.
Westchnęła ciężko. Brzydziła się czarną magią i za wszelką cenę chciała wybić ją Severusowi z głowy. On jednak był tą czarną magią zafascynowany, a jego obsesja była wręcz niezdrowa.
Cały świat zdawał się nagle obracać przeciwko niej. Kontakt z przyjaciółkami urwał się szybko, choć wcale nie wiedziała dlaczego. Z Severusem nie rozmawiała od końca piątej klasy, nie licząc ich niedawnej kłótni. Petunia wciąż jej nienawidziła. Nie odzywała się do niej miesiącami. Lily podejrzewała, że wciąż była zazdrosna o jej zdolności. W dodatku, jakby tego było mało, zmarła matka Lily, a ojciec też nie był już najlepszego zdrowia. Rudowłosa czuła, że musi się w coś zaangażować, inaczej zwariuje. Właśnie dlatego znalazła się na tej żwirowej drodze, wysadzanej po obu stronach klonami.
Wydawało jej się, że minęły wieki zanim dotarła do furtki domu, który był celem jej wędrówki. Otworzyła ją i wspięła się po kamiennych schodkach, po czym zapukała w ciężkie, drewniane drzwi.
komentarze [8]niedziela, 10 lutego 2008 17:14:28
Tia...:)Ekhem... Nie jestem dobra w powitaniach...:)
Zapraszam na KOLEJNE opowiadanie. Tym razem potterowskie i mające trwać nieco dłużej niż poprzednie. Tasiemca raczej nie planuję, ale... kto wie co mi z tego wyjdzie?;)
Od razu ostrzegam, że opowiadanie będzie zawierało
spoilery dotyczące siódmej części. I to, powiedziałabym, całkiem ważne. Nie radzę więc czytać dalej przez zapoznaniem się z rzeczoną książką. Chyba że ktoś lubi sobie psuć zabawę.
Skoro już ostrzegłam, to mogę napisać co nieco o historii.
Moim skromnym zdaniem - jakkolwiek może się ono nie zgadzać ze zdaniem pani Rowling - miłość Lily i Jamesa nie była możliwa dopóki oboje byli w Hogwarcie. Za dużo ich dzieliło, zbyt mało łączyło, za mało przeżyli. Lily i James po mojemu. Rok po zakończeniu nauki w Hogwarcie.
Szablon tymczasowy. Jak tylko znajdę chwilę czasu i wenę, to zrobię nowy.
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania tego, co już niedługo pojawi się na tym blogu.
Inés
komentarze [2]
_______________________________________
Grafika wykonana przeze mnie, ze zdjęcia pożyczonego od dragonflajki.
Więcej na graficznej garderobie, a od
tego rączki precz!
sponsoruje mylog.